Legenda Wojsławic - scenariusz

Dawno, bardzo dawno temu, tak że najstarsi z najstarszych ludzi nie pamiętają tych czasów, ziemia była jeszcze taka młoda, ze nie było wyznaczonych kierunków świata.

(Rysowany jest kwadrat.)

W pewnym miejscu, ukrytym posród gór, pustyń, lodów i głębokich oceanów żył sobie król, miał królestwo, w którym było zawsze lato, ludzie jedli same dobre rzeczy i zajmowali się śpiewaniem, tańcem i różnymi grami. Król miał 10 synów. Synowie całymi dniami paśli na łące 156 koni, które własnością królestwa.

(Chłopaki rysują.)

Król martwił się, że jego synowie nie znaleźli sobie odpowiednich żon. Dziewczęta w królestwie były piękne, ale leniwe, więc król rozesłał synów w cztery strony swiata, które tego dnia wyznaczył i powiedział, że mają znaleźć piękne, mądre i pracowite żony.

Synowie wyruszyli w świat. Najstarszy zajechał aż do Warszawy i przywiózł stamtąd Warszawiankę. Czterech wyruszyło na południe, czterech na wschód i ostatni na zachód. Pozostali bracia także wrócili, lecz przywieźli sobie jako żony czarownice, ponieważ ich oszukały, mówiąc, że są piękne, mądre, pracowite i bogate, lecz to nie była prawda.Czarownice miały długie, 10-cio centymetrowe pazury.

Królestwo wyglądało tak
(Dzieci rozkładają mapę, i pokazuja wszystkim, jednocześnie dzieci spiewaja z Piotkiem z gitarą.)

Najstrszy brat zamieszkał na tajemniczej wyspie na środku jeziora. Wszytkim braciom urodziły się dzieci, ale czarownice wykąpały je w jeziorze, a jego woda była zatruta i dzieci dostały świerzbu oraz innych chorób, na które w królestwie nie było lekarstwa.

Najstarszy brat został, aby opiekować się królestwem i swoim starym ojcem, a wszyscy inni wyruszli w świat w poszukiwaniu cudownego leczniczego eliksiru. Wyjechali i nie było ich bardzo długo, w królestwie zapanował smutek.

Przez wiele dni padały ulewne deszcze, tak ze woda w jeziorze prawie zatopiła wyspę. Pewnego dnia rano mieszakńcy domu na wyspie zobaczyli, że na wodzie pływa niewielki kufer. Wyłowiono go i ze strachem otwarto.

W kufrze były trzy mapy: dwie falszywe i jedna prawdziwa, oraz dwie butelki. Czerwona zawierała niebieski eliksir, były nim łzy feniksa. Butelka niebieska zawierała eliksir czerwony i była to krew smoka wawelskiego. Na mapie napisane było, że eliksiry trzeba otworzyć na magicznym pniu, do któego drogę wskazywała jedna z map.

(Pokazujemy mapy i butelki.)

Po długim błądzeniu znaleziono magiczny pień i otwarto eliksiry. Ale na mapie napisane było także, że jeden z nich jest trujacy a drugi uzdrawiający. Jak dowiedzieć się który jest który?

Miszkańcy postanowili, ze wypróbują je na czarownicach, ponieważ wszycy mieli ich juz dość, bo bardzo dokuczały mieszakańcom. A trzeba dodać, że cudowne eliksiry się nigdy nie kończyły.

Czarownice wypiły po kropli eliksiru. Te którym trafił sie trujący zrobiły się brzydkie i bardzo pomarszczone i już nigdy nikomu nie dokuczały, a te, któe wypiły prawdziwy leczniczy eliksir stały się naprawde mądre, pracowite i piękne i już nigdy w życiu nie zrobiły nic złego.

Elikisr dano do wypicia chorym dzieciom, które natychmiast wyzdrowiały, oraz wszystkim chorym w królestwie. Od tego czasu już nikt nigdy nie chorował.

Na magicznym pniu ukazało sie także zwierciadło, w którtym mieszkańcy zobaczyli braci, którzy wyruszyli w podróz w poszukwianiu eliksiru. Mieszkańcy za pośrednictwem zwierciadła powiedzieli im, żeby wracali, ponieważ eliksir - łzy feniksa był ukryty na wyspie na środku jeziora.

Bracia szczęśliwie wrócili do domu i ucieszyli się, kiedy zamiast złych i wrednych czarownic zobaczyli piękne, mądre i pracowite żony. Toteż wszyscy mieli jeszcze więcej dzieci. Kiedy umarł stary król, najstrszy z braci został królem a królestwo nazwał Wojsławice, od "sławy" jaka rozeszła się po świecie o tym bogatym i warownym grodzie. Poźniejsi mieszkańcy Wojsławic to potomkowie dzielnych królewiczów oraz ich pięknych i mądrych żon.

(Dzieci opowiadają fragmenty historii mówionej):

Ludzie sobie żyli razem,
zapraszali się, bywali u siebie, pomagali sobie nawzajem

Wszystko było razem, razem śpiewane, razem hulane, bieda była, ale wesoło.
Koło nas mieszkali Ukraińcy, sąsiady niedalekie. Ja chodziłam do nich, oni do nas. Razem żeśmy chodzili i do szkoły i do sklepu czasem. Razem - nie było różnicy - rozmawialiśmy, uczyliśmy się w jednej klasie.

A prawosławni to byli swoi ludzie, i Polka z Ukraińcem i Ukrainiec z Polką się żenił, nie było kiedyś żadnej różnicy, takie pomieszane te rodziny były.
A mieszane małżeństwo to różnie - i w cerkwi chrzcili i w kościele chrzcili. To już oni uzgadniali między sobą, jak małżeństwo - jak to mówią - która strona przewalczy....

Jak ksiądz chodził po kolędzie, razem z nim chodził sołtys i pokazywał - gdzie iść, a gdzie nie, gdzie mieszka katolik, a gdzie prawosławny.
Na Grabowieckiej ulicy mieszkało dużo prawosławnych, na Krasnystawskiej. Trochę na Chełmskiej.
oni byli więcej gospodarzami, swoje gospodarki mieli.

(Śpiewamy Oj na horoji)

Byli też Żydzi. Święta ich były w sobotę. Już w piątek wieczorem, to już szabas nazywali i taki ich kościelny wychodził na rynek i krzyczał: "szabas, szabas" i zaraz wszystkie okiennice: "szach", "szach", "szach", pozamykane i nie wolno już handlować i już święto. Piątek wieczorem. A w sobotę - to już szabas.
Sobota cała - nic, wszystko się modli
Wtedy Żydzi nic nie mogli robić. Przedtem sobie naszykowali jakieś pożywienie, czy roboty najważniejsze, żeby nie robić w święta.

(Śpiewamy - Szabes szabes...)

Byli takie wiejskie grajki. Jeden, dwóch, trzech najwyżej i oni tam grali na weselu, śpiewali i grali. Nie było orkiestry, samouki, po weselach chodzili, po zabawach wiejskich, ale to nazywali nie orkiestra, tylko grajki, wiejskie grajki. Grali bez nut, z pamięci.
Muzyczka, tak nazywali: "Łoj tam u sąsiada muzyki - idziem, potańcujem..." To tam na skrzypkach przeważnie, ktoś tam na bembenku...
Co niedziela byli muzyki. Bo kiedyś ani w soboty ani w piątki, tylko w niedziele byli muzyki. Nie nazywali zabawa, tylko muzyki.

(Grają muzykanci)

A kiedyś także chodzili dziady po chałupach. Przyjdzie, modli się. Trzeba było dać mu mąki czy kawałek chleba.
Wprzódy siedzieli pod kościołem.
Jak przyjdzie Wszystkich Świętych to pod cmentarzem wiele dziadów siedziało.
Kobiety wiejskie piekły bułeczki specjalnie dla dziadów. Dawało się taką bułeczkę dziadowi i on modlił się. Mówiło się - za tę duszę, za tę duszę i on się za te dusze przeżegnał. Dzisiaj dziadów ni ma, ale czasem jeszcze przyjadą do Wojsławic, śpiewają wtedy nabożne pieśni.

(Pieśń dziada z lirą korbową)

(Dzieci pokazują mapę)

Dzisiejsze Wojsławice, założone przez mądrego króla i jego dziesięciu synów wyglądają tak:

(Śpiewamy - Cały świat to wielki most)

(Kłaniamy się)

Autorzy scenariusza:
Ewa Grochowska i uczestnicy warsztatów "Legenda Wojsławic"

Zobacz galerię fotografii - Legenda Wojsławic>>
Zobacz relacje filmowe >>   Legenda Wojsławic - Prezentacja>>   Legenda Wojsławic - Pieśń Lirnika>>