Nie tylko Menzel, Forman i "Nikt nic nie wie" z Maciejem Gilem,
współorganizatorem VII. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy rozmawia Magdalena Domaradzka
Magdalena Domaradzka: W dniach 20-24 kwietnia 2005 w polskim Cieszynie i czeskim Tešíne odbyła się siódma już edycja Przeglądu Filmowego „Kino na Granicy”. Pokazano ponad 30 filmów, głównie najnowszych czeskich, ale też retrospektywę wybitnego czeskiego reżysera Františka Vlácila oraz twórczość Polaka – Mariusza Grzegorzka. Jak oceniasz tegoroczny przegląd, ilu mniej więcej miał widzów?
Maciej Gil: Oceniam jak najbardziej pozytywnie. Obyło się bez większych wpadek, a poziom programu był naprawdę wysoki, chyba najwyższy z dotychczasowych edycji. Co do frekwencji, to trochę nie do mnie pytanie, bo za takie rzeczy odpowiadają inne osoby, ale wiem, że było ok. 200 widzów, tzn. osób, które wykupiły akredytacje. Co tu kryć – liczyliśmy na więcej. Ale z widzami nigdy nic nie wiadomo. To loteria. Nawet najciekawszy program i najlepsza promocja mogą okazać się nieskuteczne w przyciąganiu odbiorców.
Przyznać jednak trzeba, że zaproponowaliśmy trudne kino. Bo i Vlácil, i Grzegorzek nie proponują kina lekkiego, łatwego i przyjemnego. Podczas gdy drugi z nich jest w Polsce w miarę rozpoznawany i ceniony, to Vlácil jest zupełnie nieznany – myślałem, że to przyciągnie zainteresowanych.
M.D. Czy to jakiś odwrót od popularności czeskiego kina u nas?
M.G. O odwrocie od czeskiego kina trudno mówić, bo tak naprawdę nigdy nie było „nawrotu” na czeskie kino. Ale to szersza sprawa... W każdym razie te najnowsze czeskie filmy są u nas nadal przyjmowane ze sporym zainteresowaniem, co było widać i na przeglądzie w Cieszynie.
M.D. Właśnie, ideą imprezy jest, by był to przegląd, nie festiwal. Mimo to chcę zapytać, co Twoim zdaniem było hitem tegorocznego „Kina na Granicy”?
M.G. Hitem na pewno była retrospektywa twórczości Františka Vlácila. Jeden powód już wymieniłem – jest w Polsce nieznany. Drugi – to był naprawdę wybitny twórca, wielki indywidualista. Doceniono go dopiero pod koniec życia, a jaskrawym tego dowodem było uznanie przez czeską krytykę jego „Małgorzaty, córki Łazarza” za najwybitniejszy film w dziejach ich kinematografii. Miał do zaoferowania filmy zupełnie inne, niż te, z jakimi zwykliśmy kojarzyć ówczesne czeskie kino, a w zasadzie kino czeskie w ogóle.
Drugim hitem był Mariusz Grzegorzek, bo mogliśmy go poznać ze wszech stron – i jako reżysera filmów, i jako twórcę teledysków, i jako artystę-plastyka – dzięki wystawie plakatów filmowych i kolaży, które na co dzień zdobią jego prywatne mieszkanie.
No, a trzeci hit to nowe filmy czeskie i słowackie. To dla Polaków jedyna okazja, by zobaczyć tak duży ich wybór. Myślę, że to ten „gwóźdź programu”, to największy magnes, przyciągający widzów.
Jak widzisz, mieliśmy same hity!
M.D. Chcę teraz właśnie zapytać o te nowe filmy. Ostatnim sukcesem czeskiego kina w Polsce, także frekwencyjnym, byli „Samotni” Davida Ondrícka z 2000 roku. Jak wytłumaczysz niechęć polskich dystrybutorów do pokazywania nowych czeskich filmów?
M.G. Nie wytłumaczę. Przepraszam.Mogę jedynie snuć przypuszczenia. Być może to jakiś polski kompleks wobec tego, co Czesi „wyprawiają”...
M.D. Ale wydaje się, że polski widz jest „głodny” kontaktu z nowymi czeskimi filmami, jak i czeską kulturą w ogóle. Wszelkie przeglądy, gdzie można czeskie, czy wcześniejsze czechosłowackie filmy zobaczyć, jak np. jesienny festiwal czechosłowackiego kina lat 60. w Warszawie, cieszą się popularnością.
M.G. Z tym głodem to bym nie przesadzał. Wciąż spotkać można opinie, że czeski film to taki, gdzie „nikt nic nie wie” – innymi słowy, traktuje się po macoszemu czeską kinematografię. A to pewnie wynika z kompleksu, o którym mówiłem... Ale to się zmienia. Czeska kultura staje się popularna. Nareszcie! Ale to nadal mała, wąska popularność.
M.D. Tak, nadal przeciętnemu widzowi czeskie kino kojarzy się z produkcjami z lat 70. z Menšíkiem w roli głównej, ale nowe kino czeka nadal na swoich odkrywców, czy raczej na tych, którzy przybliżą je masowemu widzowi.
M.G. Bo my, Polacy i Czesi, w ogóle nadal mało o sobie wiemy i mało się znamy. Kino czeskie w opinii tzw. statystycznego Polaka to w najlepszym wypadku Forman i Menzel, „Krecik” i „Rumcajs”, „Szpital na peryferiach” i ów nieszczęsny „Nikt nic nie wie” – chociaż niewielu wie, że to tytuł filmu Josefa Macha z 1947 roku...
M.D. Właśnie, stosunkowo dobrze znane jest tylko kino lat 60.
M.G. Ja bym nie powiedział „dobrze” – jest jako tako znane. Tylko Forman i Menzel, jak mówiłem, może jeszcze ewentualnie Chytilová i Passer. Choć i tak daję się tu chyba ponieść wrodzonemu optymizmowi...
M.D. Jak uważasz, który z tegorocznych filmów pokazywanych w Cieszynie miałby największe szanse na wejście do normalnej dystrybucji w polskich kinach?
M.G. Nie wiem, czy szanse na wejście... Ale jestem przekonany, że publiczności spodobałyby się filmy trzech starych (choć wiekiem jeszcze młodych) mistrzów: "Słoneczne miasto" Martina Šulíka, "Opowieści o zwyczajnym szaleństwie" Petra Zelenki i "Na złamanie karku" Jana Hrebejka.
M.D. Pozostaje więc życzyć sobie, by któryś z dystrybutorów odważył się zakupić te filmy.
M.G. Tak, pozostają nam nadzieje i pobożne życzenia. Polityka dystrybutorów w tej dziedzinie jest równie nieprzewidywalna, co kolejne posunięcia naszych parlamentarzystów...
M.D. Ale i polskie kino jest nieznane za Olzą, powiedziałabym nawet, że sytuacja jest jeszcze gorsza. Czy „Kino na Granicy” jakoś wpływa i na to, by prąd kulturowy oddziaływał też w drugą stronę?
M.G. Wiesz, to wszystko zależy od tamtej strony. Trudno, żebyśmy my zabiegali o czeskiego widza, skoro współorganizatorem „Kina na Granicy” są Czesi. A że polskie kino nie jest u nich znane... Myślę, że trochę jest. Ale starsze kino.
M.D. Ale jednak proporcje, nawet ilościowe, w pokazywanych w Cieszynie filmach, są zdecydowanie zachwiane na korzyść czeskich.
M.G. Umówmy się, z tych nowych w zasadzie nie mamy czego im zaproponować... A poza tym, to od początku, w zamierzeniu był przegląd filmów czeskich i słowackich. Kino polskie pojawiło się w programie dopiero rok temu.
M.D. Tak, a te nieliczne „rodzynki”, które mamy… Czy czeska strona jest w ogóle nimi zainteresowana? Czy np. łatwo było ich przekonać do pokazania retrospektywy Grzegorzka?
M.G. Jeśli chodziło o przekonywanie, to nie było problemów – za program odpowiada strona polska, a w zasadzie osobiście Jola Dygoś, szefowa imprezy. W kwestii nowych filmów konsultuje się z Martinem Novosadem z ostrawskiej telewizji.
Za mało znam Czechów, by wiedzieć, czy są zainteresowani polskim kinem. Ale też chyba nie w zainteresowaniu tkwi problem, a w tym, by im zaproponować coś ciekawego. Nie znam też rynku dystrybucyjnego w Czechach. Wiem, że polskie filmy pojawiają u nich się na różnych festiwalach. I wiem, że kupuje je telewizja.
Znajomi Czesi, dobrze znający Polskę, opowiadali mi, że widzieli w Polsce coś wybitnie nieudolnego, z czego Czesi zrobili coś jeszcze bardziej nieudolnego. A przez to śmieszniejszego, choć to taki raczej śmiech wynikający z zażenowania... To był „Wiedźmin” z czeskim dubbingiem...
M.D. A czy wiadomo z tzw. kuluarów, jak podobał się Czechom Grzegorzek?
M.G. Nie miałem okazji wsłuchiwać się w głosy płynące z kuluarów... Trochę żałuję.
M.D. Więc może słyszałeś, jaki tegoroczny film w ogóle najżywiej komentowano? Na moje kuluarowe ucho właśnie te trzy, wymienione już przez Ciebie, tytuły.
M.G. Tak, największy oddźwięk wywołały te trzy wspomniane wcześniej filmy. Bo to jednak klasa sama dla siebie.
M.D. A skoro jesteśmy przy „rodzynkach” – był jeden film słowacki...
M.G. A był. W zasadzie półtora. Bo film Martina Šulíka „Miasto słońca” jest pół na pół czesko-słowacki. Więc to pół jest bez zarzutu. A filmem wyłącznie słowackim był „O dwie sylaby do tyłu” Katariny Šulajovej.
M.D. Zawsze jest tak słabo z filmami słowackimi (ilościowo), czy po prostu mało ciekawych filmów tam powstaje?
M.G. U braci Słowaków faktycznie krucho z filmem. Niewiele kręcą. I raczej słabe rzeczy. Do niedawna mówiło się, że Słowacy kręcą tak ze 2 filmy rocznie, z czego jeden to film Šulíka właśnie. A ten wspomniany, „O dwie sylaby do tyłu” debiutującej reżyserki, przypomina raczej teledysk. Nie bardzo wiem, o czym był. Bohaterka biegała – i tyle. Ale bohaterkę kreowała zjawiskowa Zuzana Šulajová, siostra reżyserki, i to był powód, dla którego obejrzałem ten film drugi raz (śmiech).
M.D. Czy już wiadomo, jakie retrospektywy jeszcze zostaną pokazane, za rok, dwa? O czym myślicie?
M.G. Nie, nie wiadomo. Planów jest mnóstwo, bo i wielu twórców godnych jest uhonorowania. Nazwisk jest kilka, ale nie chcę nikogo wymieniać, żeby potem nie było, że się rozmyśliliśmy. Za wcześnie jeszcze na konkrety, najpierw trzeba zamknąć tę edycję – bo wbrew pozorom festiwal nie kończy się wraz z wyjazdem ostatniego uczestnika... Wydaje mi się, że „pójdziemy w Słowaków”. A mnie osobiście marzy się wieczorek z czechosłowacką animacją – przecież to była kiedyś absolutna potęga światowa, podobnie jak Polska zresztą.
M.D. Aha, czyli czekamy na wieczór pod znakiem „Bratri v triku”. A kogo z twórców udało się zaprosić w tym roku na spotkania z widzami?
M.G. Był Mariusz Grzegorzek, który okazał się bardzo otwartym, ciepłym i dowcipnym rozmówcą. Był Martin Šulík, który dobrze wie, że jest przez cieszyńską widownię uwielbiany i przyjeżdża co roku. Przyjechał Milan Cieslar, twórca dwóch prezentowanych filmów – „Dusza jak kawior” i „Krew zaginionego”. Milan pochodzi, jak się okazało, z Czeskiego Cieszyna. Szkoda tylko, że te filmy nie były porywające... Nie dojechały niestety, mimo zaproszenia, siostry Šulajové. Przyjechali za to twórcy filmu dokumentalnego „Złowieszcze dziecko”, reżyser Miroslav Novak, operator Dalibor Fencl, a także konsultant filmu, historyk Petr Koura.
M.D. Właśnie – jakie filmy dokumentalne były na „Kinie na Granicy”?
M.G. Oprócz „Złowieszczego dziecka”, dwa filmy o Františku Vlácilu oraz „Tatuś” Jana Sveráka i „Kobiety (ro)zmienione” Eriki Hníkowej.
M.D. I jak je oceniasz?
M.G. „Złowieszcze dziecko” oceniam wysoko w kategorii tematu – dwudziestolatek zafascynowany nazistowskimi obozami zagłady, słabiej w kategorii realizacji. „Tatuś” jest przyjemny jako portret artysty – Zdenka Sveráka (wybitny aktor – np. w oskarowym „Koli” – poeta, scenarzysta, współtwórca legendarnego Teatru Járy Cimrmana – przyp. M.D.), ale dziwię się trochę, że to syn musiał wystawić ojcu pomnik. A w ogóle całość jest na moje oko przydługa. Interesujący jest dokument „Kobiety (ro)zmienione” o dyktacie współczesnego ideału piękna i o tym, co kobiety są w stanie z sobą – albo: sobie – zrobić, by się do niego choćby zbliżyć.
M.D. A jakieś plany na retrospektywy innych Polaków? W zeszłym roku była Holland...
M.G. Nie wiemy jeszcze, jak się ułoży polska część „Kina na Granicy”. Retrospektywa Agnieszki Holland w 2004 roku odbyła się, ponieważ równolegle miała miejsce konferencja naukowa jej poświęcona, a poza tym – pani Agnieszka studiowała na słynnej FAMU (szkoła filmowa w Pradze – przyp. M.D.).
A może na przykład spróbujemy podbić czwarty, ostatni bastion wyszehradzki i sięgniemy po kino bratanków Madziarów...
M.D. A na pokazywanie w Cieszynie najnowszych czeskich i słowackich produkcji możemy nadal liczyć, tak?
M.G. Dopóki „Kino na Granicy” będzie istniało i dopóki kinematografie czeska i słowacka będą produkować filmy na co najmniej przyzwoitym poziomie – będziemy je pokazywać.
M.D. A gdybyś miał w kilku słowach wyjaśnić, czym różni się „Kino na Granicy” od innych festiwali filmowych, jakich w Polsce wiele – „Era Nowe Horyzonty”, również w Cieszyni, Łagowa, Zwierzyńca czy Trinca, już po czeskiej stronie, jakbyś je zareklamował?
M.G. Po pierwsze – nie ma tu konkursu, a więc i rywalizacji. Po drugie – jest skromny i kameralny, nie snobuje się. Po trzecie – panuje tu niezwykle przyjemna, przyjacielska atmosfera – to chyba jedyna impreza, na której udało się podczas ceremonii otwarcia zgromadzić na scenie czterech szefów czterech zaprzyjaźnionych dużych festiwali (nie licząc szefowych) – przyjechali z własnej woli, zapewniam. Po czwarte – to jedyny festiwal – w Polsce na pewno, a i spośród światowych nie słyszałem o żadnym – któremu szefują panie, Jola Dygoś i Petra Rypienová. I może to właśnie wpływa dodatnio na atmosferę na nim panującą... (śmiech).
M.D. No właśnie, „Kino na Granicy” to przegląd, nie festiwal, bez oceniania, bez nagród, bez jury. Ale czy nie przydałaby się np. nagroda publiczności? Ot, ustawić urny i pozwolić widzom głosować?
M.G. A po co oceniać, po co przyznawać nagrody? To wprowadza element niepewności, nie zawsze zdrowej rywalizacji... Ja jestem raczej przeciwny jakimkolwiek nagrodom.
M.D. Ale nie nagrodę fachowców, a tylko publiczności. Po prostu, by sprawdzić, co im najbardziej się podobało.
M.G. Mam pomysł, by wśród stałych bywalców „Kina na Granicy” zorganizować ranking na 10 najlepszych czechosłowackich/czeskich/słowackich filmów – i pokazać taki zestaw. Ale na razie za dużo jest bardziej konkretnych pomysłów, by szukać takich „wypełniaczy”.
M.D. Jakie to jeszcze pomysły, oprócz wieczoru z czechosłowacką animacją?
M.G. Od dawna myślimy o pokazaniu teledysków realizowanych przez pierwszą ligę czeskich reżyserów. Chętnie też sięgnąłbym do czasów przedwojennych na przykład i pokazał „Janosika” Jaroslava Siakiela z 1921 roku, pierwszy słowacki film, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, albo „Erotikon" i „Ekstazę” Gustava Machatý’ego...
M.D. Opowiedz jeszcze, proszę, o imprezach towarzyszących festiwalowi – wystawach, muzyce...
M.G. Przygotowaliśmy dwie wystawy – jedna przybliżała postać Františka Vlácila, druga prezentowała pozafilmowy dorobek Mariusza Grzegorzka: jego teatralne plakaty i kolaże.
M.D. A muzyka? Rzeczywiście bardzo różnorodna – i zespół muzyki dawnej „Ars Nova” i np. czeski zespół undergroundowy „Zlodeji uší” czy „DG 307”, założony przez muzyków z legendarnej formacji „The Plastic People of the Universe”...
M.G. Tak, w cieszyńskim kościele św. Marii Magdaleny odbył się koncert zespołu instrumentów dawnych „Ars Nova” z utworami polskiego i europejskiego średniowiecza i renesansu oraz kurpiowską muzyką ludową – to z towarzyszeniem niesamowitej Apolonii Nowak, której potężny biały głos sprawił, że kościół nieledwie unosił się. Przy czym muszę dodać, że po koncercie pani Apolonia oświadczyła rozbrajająco, że nie mogła tego dnia śpiewać „na sto procent”, bo była po trzytygodniowej grypie...
„Złodzieje uszu” zaprezentowali kawałek mocnego brzmienia – kradli raczej słuch, niż same uszy. Marian Varga, słowacki instrumentalista, dał popis improwizacji. „DG 307” stworzyli ponad dwugodzinny, niezwykły muzyczny spektakl.
M.D. Była nawet dyskoteka z czeskimi przebojami i prawdziwym czeskim DJ-em.
M.G. Dyskoteka była, bo to pomysł sprawdzony podczas poprzedniej edycji, więc postanowiliśmy wykorzystać go ponownie. I chyba sprawdził się znowu.
M.D. A czy mógłbyś zdradzić trochę tajemnic festiwalowej kuchni – czy trudno zdobyć kopie, zwłaszcza tych najstarszych z pokazywanych filmów, jak np. film kukiełkowy z 1947 roku „Bunt zabawek”?
M.G. Nie ja się zajmuję zdobywaniem kopii, wiem natomiast, że wszystko można znaleźć w archiwach, w filmotekach praskiej, bratysławskiej, warszawskiej...
A „Bunt zabawek” to właśnie przykład mistrzowskiej czechosłowackiej animacji lalkowej, to jest to, co chciałbym pokazać w szerszym spektrum – w lalkach Czesi nie mieli sobie równych!
Wracając do tego wieczoru czeskiej animacji, to marzę, by tej prezentacji towarzyszył – gdzieś w plenerze, na wielkim ekranie – pokaz kultowych – pokrętne słowo, ale tutaj adekwatne – czechosłowackich kreskówek: „Krecik”, „Rumcajs”, „Sąsiedzi” i spółka są przecież bohaterami naszego dzieciństwa – i w Polsce są chyba bardziej uwielbiani niż w Czechach i na Słowacji.
M.D. I „Żwirek i Muchomorek”, i „Rusałka Amelka” i „Makowa Panienka”...
M.G. Właśnie, właśnie! Taki pokaz mógłby śmiało trwać całą noc. Wrażenia niezapomniane (śmiech).
M.D. Życzę więc, by wszystkie plany udało się wcielić w życie, i by kolejne „Kino na granicy” było równie udane, jak te poprzednie.
Magdalena Domaradzka Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku
- - - - - - |