Polecamy te strony
 
 
 

 
 Agnieszka Holland - wywiad
Na czeskiej fali

Studiowała Pani w Pradze, w szkole filmowej FAMU. Dlaczego tam?

Będąc w liceum biegałam od jednego dyskusyjnego klubu filmowego do drugiego. To był czas, kiedy wybuchła czeska fala filmowa. Oglądałam pierwsze filmy Milosza Formana, Ivana Passera, Very Chytilovej i wydawało mi się to fantastycznie ciekawym kinem, w przeciwieństwie do tego, co się w tym czasie robiło w Polsce.

Wiedziałam wtedy, że nie chcę studiować niczego innego, tylko film, a do szkoły w Łodzi nie przyjmowano po maturze. Poza tym był 1967 rok, w Polsce była bardzo paskudna sytuacja polityczna, szkoła łódzka była pod specjalnym nadzorem, obawiałam się że z moimi korzeniami i pochodzeniem będzie trudno mi się tam dostać. Musiałam poszukać czegoś innego.

I trafiła Pani niemal prosto w środek Praskiej Wiosny...

Praska Wiosna zaczęła od wyborów w KC Komunistycznej Partii Czech, w których na stanowisko pierwszego sekretarza w miejsce Antoniego Nowotnego został wybrany Aleksander Dubczek. Był 5 stycznia 1968. Ja byłam wtedy bardzo artystowska, obrażona na rzeczywistość i politykę, nie uważałam, żeby to było coś, co należy zauważać.

Przyszłam z domu ludzi rozpolitykowanych. Moi rodzice byli dziennikarzami, a ojczym dziennikarzem politycznym, w związku z czym byli na pograniczu komunizmu i dysydencji. Całe moje dzieciństwo rozgrywało się w cieniu dyskusji o polityce. Czułam do tego głęboką niechęć i uważałam, że artyście nie przystoi się zajmować rzeczami tak trywialnymi.

Że coś się w ogóle dzieje zorientowałam się dopiero kilka miesięcy później, w maju. Zobaczyłam idącą ulicą demonstrację, tak fantastycznie ludyczną i radosną, że się dołączyłam i szłam z nimi przez te parę miesięcy.

To było fantastyczne przeżycie, nieustanne święto. Ponieważ byłam bardzo młoda - miałam dwadzieścia lat - wszystko mi się podobało. Praska Wiosna to była eksplozja wydawnicza, pojawiło się mnóstwo publikacji, czasopism, książek. Odbywały się różne happeningi. Mam wrażenie, że cały czas była świetna pogoda i właściwie żyło się na ulicy.

Potem przyszły czołgi, co też było szalenie interesujące. Nie miałam poczucia lęku, wszystko mnie ciekawiło, biegałam wśród barykad i płonących czołgów. Pamiętam, że mój mąż wciągał mnie bez przerwy do bram, a ja wyrywałam się i biegłam, bo chciałam wszystko zobaczyć.

A potem zrobiło się smutno. Kiedy słuchałam przemówienia Dubczeka po powrocie z Moskwy, zrozumiałam, że święto się kończy i to kończy się w sposób brutalny i żałosny.

A Pani wylądowała w areszcie...

Zaczęłam mieć kłopoty z policją i znalazłam się na jakieś sześć tygodni w więzieniu. To było bardzo nieprzyjemne doświadczenie, choć też na swój sposób ciekawe.

Miałam interesujące, jak z jakiejś powieści, stosunki z moim śledczym. Wydawało mi się, że w pewnym momencie rzeczywiście mnie polubił. Grałam rolę takiego naiwnego intelektualisty, zadawałam mu naiwne pytania na temat jego poglądów, jego udziału w działaniach ubeckich w latach 50-tych, opowiadałam mu o filozofii Simon Weil i po pewnym czasie poczułam, że coś rzeczywiście ludzkiego stało się między nami. To się czasem zdarza między śledczym a przesłuchiwanym. Byłam bardzo ciekawa, co się z nim stało potem. Okazało się że awansował i został znanym skurwysynem śledczym, którego późniejsi dysydenci czescy bardzo źle wspominali. Nie nawróciłam go na nic.

Kiedy porównywałam własne doświadczenia z doświadczeniami mych polskich kolegów, którzy pomarcowo siedzieli w więzieniu na Rakowieckiej, okazało się, że w czeskim więzieniu było o wiele bardziej nieprzyjemnie. Po pierwsze w Polsce strażnicy mieli poczucie, ze mają do czynienia z więźniami politycznymi i trzeba ich traktować z pewnym respektem. A w Czesi właściwie nie uznawali czegoś takiego jak więzień polityczny i traktowali wszystkich w sposób bardzo brutalny. Na przykład na początku trzymali mnie nielegalnie w izolatce, chyba przez dziesięć dni.

Potem dali mi do celi szesnastoletnią złodziejkę, Słowaczkę zakochaną w czeskim chłopcu, złodziejaszku, który ją wciągnął do procederu. Resztę czasu spędziłam z nią i to było bardzo ciekawe doświadczenie, taka bliskość z kimś. Napisałam scenariusz oparty o tę historię - Nie zależy mi na dużym mężczyźnie, ale nigdy nie udało mi się go zrealizować.

Po studiach Pani trafiła do więzienia, a Pani mąż Laco Adamik do czesko-słowackiego wojska...

Kiedy przed Sądem Najwyższym miałam drugi proces apelacyjny, w Szluknovie, gdzie Laco był wtedy kapralem i jako absolwent szkoły filmowej zajmował się twórczością artystyczną żołnierzy, odbywał się festiwal twórczości żołnierskiej. Pojechałam tam prosto z sądu, skazana wrogini ludu. Jechałam autostopem, nawet radzieccy żołnierze wieźli mnie przez Mladą Bolesław.

Szluknov wyglądał zupełnie jak z Miłości blondynki. Były tam duże zakłady tekstylne, gdzie chyba 90% załogi stanowiły kobiety. Festiwal organizowano głównie po to, żeby raz do roku mogły sobie, jak mówią Czesi, popichać. Miasto wyglądało jak miejsce wielkiej rui i poróbstwa. Płynęły strugi piwa, a po bramach żołnierze obściskiwali się ze szwaczkami. Tam się spotkałam z Lacem i tam żeśmy poczęli naszą córkę.

A ja nawet sfotografowałam się z całą generalicją, która nie miała pojęcia, że wracam z sądu jako świeżo upieczony wróg ludu i przyjęła mnie, jako żonę kaprala, bardzo radośnie.

Wokół wydarzeń Praskiej Wiosny osnuta jest fabuła "Nieznośnej lekkości bytu" Milana Kundery. Jak doszło do tego, że przetłumaczyła Pani tę powieść na polski?

Kundera był moim profesorem, wykładał historię literatury na pierwszym roku FAMU. To były dla nas wszystkich fascynujące spotkania, on był po pierwsze prawdziwym artystą, po drugie - prawdziwym intelektualistą, a po trzecie - szalenie pociągającym człowiekiem i mężczyzną. Z jego postaci emanowała aura. Pierwszy raz spotkałam się z tak osobistą i jednocześnie bardzo spójną wizją literatury.

Potem po latach spotkałam go w Paryżu, już na emigracji. Zaprzyjaźniliśmy się i przez parę lat utrzymywaliśmy bardzo bliskie stosunki. Dał mi do przeczytania manuskrypt "Nieznośnej lekkości bytu", jeszcze nie całkiem skończonej. Moje ówczesne doświadczenie były bardzo bliskie temu, co ta książka mówi. Poczułam, że niesie strasznie ważny komunikat i chciałam go przekazać Polakom. Spytałam Kundery, czy mogę przetłumaczyć powieść, zgodził się, a Wydawnictwo Aneks opublikowało to jako wydanie emigracyjne.

Nie miała Pani pokusy, żeby "Nieznośną lekkość bytu" sfilmować?

Owszem i to jest dla mnie dość przykra historia. Nie tylko miałam taki pomysł, ale też miałam na to glejt od Kundery. Znalazłam producenta, ale w tym momencie zjawili się Amerykanie, potrząsnęli kieską, zaproponowali bardzo dużo pieniędzy za prawa do ekranizacji i Kundera po prostu im to sprzedał.

Pani wiodącym profesorem na FAMU był niedawno zmarły znakomity Karel Kachyna...

To był wrażliwy filmowiec z wielkim talentem. Bardzo lubiłam jego wcześniejsze filmy zwłaszcza "Ja, Julinka i koniec wojny", trochę mniej "Wóz do Wiednia". Miałam w stosunku do niego mieszane uczucia. Z jednej strony go lubiłam, imponowały mi jego talenty filmowe. I jego cynizm, który z jednej strony mi imponował, a z drugiej strony mnie brzydził. Jakby lubiłam i nie lubiłam.

Jako człowiek był bardzo czeski, sceptyczny co do tego czy jest sens się narażać, ryzykować, dość oportunistyczny i myślę, że to mu też przeszkodziło w tym, żeby stał się naprawdę wielkim filmowcem na miarę swojego talentu. Pozwoliło mu to przeżyć w dość dobrym zdrowiu te wszystkie zakręty historii, ale odbiło się na jego twórczości.
Jako profesor był chłodny, bardzo rzeczowy, bez sentymentów i wielkiej serdeczności, ale bardzo uczciwy z nami w tym swoim nauczaniu. Przekazywał nam w sposób nieofensywny bardzo dużo swoich doświadczeń.

A inni profesorowie?

Elmar Klos był bardzo ciepłym, serdecznym i hojnym człowiekiem. Ja mu się naraziłam od początku. Mieliśmy z nim zajęcia na pierwszym roku szkoły filmowej, prowadził seminaria reżyserskie. Prowadził bardzo ciekawie. Potem jak już sama uczyłam, przekonałem się, że jego metoda była bardzo dobra. Chodził z nami po Pradze i trzeba było opowiadać jaką scenę filmową by się w tym miejscu nakręciło, z czym to się kojarzy, z jaką akcją, z jaką epoką. Były to takie interaktywne zajęcia. A ja zawsze, gdziekolwiek by mnie nie zaprowadził, mówiłam że tutaj to by można postrzelać.
Aż w końcu obraził się i już nie zadawał mi żadnych pytań.

Czy miała Pani zajęcia z wiodącymi twórcami czeskiej nowej fali?

Chytilova nie wykładała, Forman nie wykładał, Passer nie wykładał. Było tam za to dużo przypadkowych ludzi, którzy trochę nie wiadomo dlaczego tam byli. Ale w szkołach filmowych zwykle ci najciekawsi nie wykładają, albo wykładają tylko troszeczkę, przypuszczam, że teraz też tak jest.

Jednym z Pani kolegów ze studiów był Jiri Svoboda, który został potem pierwszym sekretarzem KPM.

Ciekawa postać, dobry temat na film. Szalenie inteligentny, choć nigdy nie był specjalnie zdolny do filmu. Moim zdaniem lepiej sprawdziłby się w literaturze, eseistyce. Był najlepiej z nas wszystkich wykształcony, szczególnie jeśli chodzi awangardę światową. Wybitnie inteligentny, jednocześnie kompletnie pokręcony i cyniczny.

Opowiadał, że był w dzieciństwie w szkole dla szpiegów. Oni wtedy wyławiali dzieci na zasadzie testów inteligencji, ale potem miał wypadek na motocyklu, miał jedną nogę krótszą i kulał, co go zdezawuowało jako potencjalnego szpiega. Zaczął studiować na reżyserii teatralnej, a ponieważ bardzo się interesował amerykańską awangardą, więc zaczął chodzić do ośrodka kultury amerykańskiej przy ambasadzie, wyciągał różne pisma, książki. Został tam aresztowany i oskarżony właśnie o jakieś szpiegowskie działania. Wyrzucono go ze szkoły z wilczym biletem i przez kilka lat pracował jako kierowca ciężarówki na Kladnie. W międzyczasie wszystko się zliberalizowało, zdawał na FAMU i go przyjęli.

Pochodził z Kladna, z rodziny prawniczej, bardzo burżuazyjnej, bardzo za Pierwszą Republiką, bardzo antykomunistycznej. Nie miał żadnych złudzeń, żadnych pokus ideologicznych w kierunku komunizmu i to że potem został szefem Komunistycznej Partii Moraw jest bardzo ciekawe i zabawne, bo w trakcie studiów był człowiekiem najbardziej z nas wszystkich antykomunistycznym. Widocznie dokonał kalkulacji i doszedł do wniosku, że nie opłaca się być dysydentem.

Jako jeden z pierwszych w szkole po 68 roku zapisał się do partii, była to całkiem logiczna analiza sytuacji, że jeśli się chce być na szczycie jakiejś tam kariery to trzeba i potem na Barrandovie funkcjonował cały czas jako partyjny reżyser z jakimiś ambicjami. Ja widziałam jeden czy dwa jego filmy z tego czasu, wydały mi się dość okropne artystycznie. Ponieważ był bardzo inteligentny umiał wymyślić jak zrobić film. To wszystko szło z głowy bardziej niż serca, te jego wszystkie rzeczy, nawet w szkole. I potem został jednym z takich głównych tego pokolenia reżyserów partyjnych, mimo że nawet nie w tym co robił, ale jak działał.

I kiedy przyszła Aksamitna Rewolucja, wielu ludzi zaczęło zmieniać podszewkę, czy jak Czesi mówią, wywracać kurtki. To było dość żałosne, bo wszyscy widzieli, że ktoś kto wczoraj mówił A dziś mówi B. Svoboda wtedy prawdopodobnie postanowił, że nie zrobi tego, że będzie o wiele lepiej jeśli on będzie dalej głosił to co głosił przedtem, stanie się to stemplem jego autentyczności. Zrobił się bardzo popularny. Wszedł do parlamentu i mówił tam rzeczy które były bardzo popularne, ponieważ ci nowi liberałowie już nie mówili o biednych, bezrobotnych, zapomnianych. W końcu 99% Czechów kolaborowało z zeszłym systemem i jakoś tam dobrze w tym żyli i jeśli nagle ktoś mówi w ich imieniu to go kochają.

Miał bardzo dużą popularność jako poseł, bardzo dobry odbiór. Był świetnym demagogiem więc potrafił to tak sformułować, żeby to było przekonujące. Może zostałby nawet premierem czy prezydentem, gdyby nie to że był na niego zamach, jakiś student wdarł się do jego domu, poranił mu córkę i żonę a jego o mało nie zasztyletował. To go zniechęciło do polityki, zaczął wykładać w szkole filmowej i stał się jednym z bardziej popularnych wykładowców. Do tego stopnia, że studenci sami zażądali odejścia Mencla, a zostania Svobody.

Na czym, Pani zdaniem, polega główna różnica pomiędzy czeskim a polskim podejściem do robienia filmów?

Wydaje mi się, jeśli w ogóle można uogólniać, bo w końcu to było bardzo bogate kino i stylistycznie i osobowościowo, że najbardziej uderzające w tych typowo czeskich filmach - Formana, Passera czy Papouszka było to, że reżyser, autor pozostaje zupełnie schowany za tym wszystkim co pokazuje. Polska tradycja filmowa bardziej uwidacznia autora filmu.
Przy tym czeskie filmy są bardziej pokorne wobec rzeczywistości, mniej wartościujące.

Jeździ Pani do Czech albo na Słowację?

Na Słowacji spędziłam prawie rok przygotowując "Janosika". Moja córka trochę dłużej tam posiedziała i nauczyła się przy tej okazji słowackiego, języka swojego ojca.
Do Czech jeżdżę od czasu do czasu, na jakieś imprezy filmowe, jak jest okazja żeby spotkać się z przyjaciółmi i pogadać.

Czy uda się nakręcić "Janosika"?

Staramy się, myślę że to będzie inny film, niż ten który był zaplanowany, trzeba będzie wymyślić zupełnie inną formułę jak go skończyć za takie pieniądze, które są realne do znalezienia dzisiaj i to potrwa troszeczkę, ale myślę że skończymy go. Jest poważny kryzys na Słowacji, mimo to słowacka władza dała dość dużo pieniędzy na ten film jak na słowackie warunki, ale wyszły jakieś kłótnie, brak zaufania do producenta. Atmosfera nie jest dobra, w Polsce też nie, bo jak się zgłosiliśmy do polskiej telewizji z propozycją koprodukcji usłyszałam, że Polacy już mają Janosika i nie potrzebują innego.
Troszeczkę bez ziemi się znalazł ten film, a przedsprzedać dziś na Zachodzie film w języku słowacki jest praktycznie niemożliwe. Ale ostatnio, żeśmy wymyśli pewną formułę, która pozwoliła by skończyć bardziej eksperymentalnie. Nie tak po bożemu, co może okazać się nawet ciekawsze.

Scenariusz napisała młoda słowacka reżyserka, scenarzystka i pisarka - Eva Borusivicova. Jest to coś szalenie osobistego. Jest w pewien specyficzny rodzaj wrażliwości poetycko-tragicznej. Janosik jest tragicznym bohaterem jak z westernów typu Butch Kassidy i Sundance Kid, a z drugiej strony bardzo wierne to było jeśli chodzi o źródła historyczne. Z jednej strony jest to rekonstrukcja prawdziwej historii, a z drugiej strony próba wykreowania romantyczno-tragiczno-lirycznego bohatera.

Bardzo dużo ma się tam pojawić folkloru. Już w pierwotnej wersji scenariusza to bardzo mocno funkcjonowało a ja to jeszcze dopompowałam. W dzisiejszej kulturze słowackiej brakuje cos takiego co oni nazywają cudny, połączenie nieśmiałości z brutalną wyrazistością, a co w tych balladach ludowych funkcjonuje bardzo ciekawie. One są bardzo okrutne, a jednocześnie gdzieś tam czułe.

Słowacja to był kraj bez arystokracji, arystokracja była albo węgierska albo niemiecka. Bez burżuazji, burżuazja była albo niemiecka albo żydowska. Kultura ludowa była jedyną kulturą autentycznie słowacką i ten folklor jest szalenie bogaty, zarówno jeśli chodzi o tańce, muzykę, jak i literaturę mówioną, przekazywaną przez piosenki czy przez ogromny zbiór ballad słowackich, które są jednym z najoryginalniejszych dokumentów przejawów tego typu kultury w Europie.

rozmawiał Emil Majuk

Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku

Po aktualne informacje o wydarzeniach kulturalnych zapraszamy do grupy [panoramakultur]

- - - - - -

     

© Stowarzyszenie Panorama Kultur 2003-2010
e-mail: biuro@pk.org.pl
powered by prot serwery

Poprawny CSS!