Jestem otwarty na każdą propozycję Vladimír Michálek należy do najlepszych czeskich współczesnych reżyserów. Każdy film, który wyjdzie spod jego ręki jest wyjątkowy i nigdy nie przechodzi bez echa ani w Czechach ani za granicą. Filmy takie jak "Zabić Sekala", "Zapomniane światło", "Wejście na Andel" czy "Babie lato" trafiają do widzów i krytyków. A mało by wystarczyło, żeby Vladimir Michalek, zamiast wspaniałym reżyserem, został lekarzem.
-Czy mógłby pan przypomnieć co lub kto skierował pana w stronę filmu?
-To była pewna koleżanka, która spotkała mnie w gospodzie, gdzie opijałem niezdany egzamin na trzecim roku medycyny. Wiedziała, że oprócz tego robię teatr i próbuję pisać do szuflady. A było to w 1986 roku, kiedy zmieniła się atmosfera na wydziale filmu dokumentalnego i FAMU( słynna praska szkoła filmowa - przyp. tłum.) nie była już skostniałym przybytkiem komunizmu.
-Kiedy i gdzie uległ pan czarowi ruchomych obrazków?
-Myślę, że byłem zafascynowany kinem jak każde dziecko. Tylko że mnie to zostało do dzisiaj.
-Kiedy już postanowił pan poświęcic się filmowaniu, czy był ktoś, kto odradzał panu te drogę? I którędy ona wiodła?
-Postanowiłem to już następnego dnia. Wziąłem wszystko co miałem i odniosłem panu Navratilovi (dziekanowi wydziału filmu dokumentalnego w owym czasie). To było w maju. No i potem o tym zapomniałem, a on za kilka dni do mnie zadzwonił, że chce, żebym tam studiował. Był to szok dla mnie i mojej rodziny. Matka powiedziała, że mnie zabije, jeśli rzucę medycynę. Więc rzuciłem...
-Czy szedł pan wydeptanymi filmowymi ścieżkami, czy raczej przecierał pan nowe szlaki?
-Byłem już stary, kiedy zacząłem studia, więc jeszcze jako student zacząłem pracować w szkole na Barrandovie ( wzgórze w Pradze, gdzie mieści się FAMU - przyp. tłum.) od samego dołu, a potem byłem asystentem reżysera przy jednym zamówieniu. Tam spotkałem się i pracowałem z wieloma zagranicznymi reżyserami, co było tą najlepszą szkołą zawodu. Miałem przyjemność spotkać takich reżyserów jak Viky, Birkin, Trotha, Schlendorf, Kotcher, Hauf...
-Według jakiego klucza wybiera pan scenariusze do swoich filmów? Jakie pomysły pana nęcą?
-Muszę identyfikować się ze scenariuszem. Muszę go rozumieć. No i przede wszystkim od razu muszę widzieć w głowie film na jego podstawie. Jestem całkowicie otwarty na wszystko, a więc i na każdą historię. Ciągle czytam, ciągle mam o czym rozmyślać. Wystarczy tylko uważnie rozglądać się wokół siebie i być otwartym.
-Czy ma pan ulubionego scenarzystę?
-Pracuję chętnie z Jirzim Krziżanem i Jirzim Hubaczem. Lubię ich jako ludzi. Tak samo i kompozytora, którym jest właśnie Polak Michał Lorenc.
-A wiec co dla pana znaczy muzyka w filmie?
-Muzyka to następna płaszczyzna. Muzyka musi dostarczać innych rodzajów emocji.
-Czy istnieje projekt, który bardzo się panu podoba, ale nie chciał by go pan za żadne skarby zrealizować?
-Pewne epizody z mojego życia.
-Każdy z pańskich filmów jest wyjątkowy i inny, tak, jakby każdy był kręcony przez kogoś innego. Dlaczego?
-Tego nie wiem. Każdy mój dzień jest inny...
-Który ze swoich filmów lubi pan najbardziej?
-Żaden. Widzę w nich tylko błędy i to, co bym poprawił, albo zrobił zupełnie inaczej.
-Według jakiego klucza dobiera pan aktorów? Nie zawsze wybiera pan tych znanych i popularnych.
-Wyobrażam sobie bohaterów filmu wcześniej, potem ich szukam, wszystko mi jedno gdzie.
-Czy zamierza pan jeszcze współpracować z polskimi aktorami, tak jak przy "Zabić Sekala" czy to był wyjątek?
-Czekam na okazję, by obsadzić znowu kogoś z Polski. Są tam wyjątkowi aktorzy.
-Jakim jest pan reżyserem? Daje pan aktorom wolną rękę, czy raczej nie zostawia pan swobody i każde ujęcie już wcześniej ma pan przygotowane w szczegółach?
-Daję im poczucie całkowitej swobody, ale trzymam pewną ręką. Ponieważ, jak już powiedziałem, każdy film widzę w głowie, zanim go nakręcę. Potem już tylko staram się zbliżyć do moich wyobrażeń.
-Nad czym pan pracuje obecnie i na co widzowie mogą już czekać?
-Teraz kończę 6 pięćdziesięciominutowych filmów, które kręciłem w Tatrach Wysokich w zeszłym roku, według scenariusza J. Krziżana o ratownikach ochotnikach. Producentem jest słowacka firma Trigon wspólnie z czeską i słowacką telewizją. Będzie to gotowe za 2 tygodnie, a kiedy będzie wyświetlane, tego naprawdę nie wiem.
-Co pan sadzi o nagrodach, które zdobywają pańskie filmy nie tylko u nas, ale i za granicą? Która jest dla pana najcenniejsza?
-Nagrody to dla mnie takie dziwne fikcyjne rzeczy. Na przykład właśnie niedawno otrzymałem wspaniałą nagrodę z USA, gdzie "Babie lato" wygrało na festiwalu komedii HBO. Przyszła w paczce, roztrzaskana na tysiąc kawałków, więc wyrzuciłem ją do śmieci. Ale sprawiła mi przyjemność. Ważniejsze jest to, że za miesiąc film wchodzi do dystrybucji w całych USA(First Look), do 2000 kin. I że podoba się ludziom na całym świecie. A najważniejsze jest to, co mi opowiadał pewien mechanik w warsztacie samochodowym, że ma ojca staruszka, który popadł w apatię, obejrzał "Babie lato" i tak go wzięło, że zaczął dokazywać jak młodzieniaszek...
-Czy ma pan czas i ochotę chodzić do kina? Co ostatnio pana rozbawiło lub spodobało się panu?
-Chęć mam ogromną, ale nie mam czasu. Na szczęście to, co chciałem zobaczyć widziałem już w zeszłym roku w Toronto, a resztę w tym roku w USA. Polecam "Telefon", "Godziny". "About Smith"i wiele innych wspaniałych filmów.
Rozmawiała Gabriela Schnurchova
Tłumaczenie: Magdalena Domaradzka
Foto: www.stratosfera.cz
Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku
- - - - - - |