wsadza nóż między jej nogi 
Austriak, lat 35 i więcej nie będzie. Rankiem 1 stycznia 1994 r. znaleziono bowiem Wernera Schwaba martwego. We krwi miał 4,1 promila alkoholu. Lektura jego dramatów nie pozostawia obojętnym, zewsząd spływająca brzydota nakazuje się wobec sztuk Schwaba określić – albo będzie to zachwyt albo wymioty:
„kpi sobie z wszelkich gramatyczno-stylistycznych reguł i z dziwną rozkoszą nurza się w samych brudach życia; jego postacie są odwzorowane ze stron medycznego podręcznika patologii, niby na nasz obraz i podobieństwo; skrajna agresja i organiczna wprost nienawiść do siebie i innych – takiej prowokacji trudno stawić czoła”[1].
Czy jednak Schwab nasz wybór sprowadza do nic nie mówiącej alternatywy? Zachwyt albo wymioty? On mówi, jego ferment prowokuje namysł – nad nami i światem. Bo przekonywać, że człowiek jest tylko ciałem,
„skazaną na zagładę, złuszczoną, ropiejącą powłoką, oczekującą dalszego rozkładu”[2] to wyrażać prawdę wypieraną z umysłu. Wobec takiej obrzydliwości społeczność musi zająć stanowisko. Cóż to bowiem za potwór z tego Schwaba? Co każe mu widzieć rzeczywistość jako padół kanibalizmu, mordu i gwałtu? Dlaczego człowiek pomnaża nędzę świata zamiast wzbić się ponad nią, nadać jej inny wymiar, jakoś uwznioślić?
Zdaje się, że względem Schwaba wiele zależy od umiejętności czy też kąta patrzenia na to co stworzył. Wszak nie był ów Austriak ponurą istotą; ba! twierdził, że pisze komedie. Zatem wszystko zależy od czytelnika, od podejmowanych przezeń prób odnalezienia właściwego rejestru pozwalającego na dystans wobec tekstów Schwaba, na dystans wobec obrazu pijanego ojca gwałcącego córkę ostrzem noża. Nie chcę wnikać zanadto w tym szkicu będącym wprowadzeniem (jak inne z tego cyklu) w materię dramatów Schwaba, ażeby nie dokonać spłycenia treści będącej na powierzchni obrzydliwością. Taki kłopot z autorem „Dramatów fekalnych” miał świat teatru, kiedy to w 1989 r. wiedeński Burgtheater odrzucił manuskrypt „Prezydentek”, sztuki uważanej za wnikliwą analizę zastanego ładu moralnego, jako rzecz nie do wystawienia, argumentując, że dramat ten mieści w sobie prymitywne dialogi ozdobione obscenicznymi fantazjami. Zarzucono mu też językową niekompetencję. Już dwa lata później, w 1991 r. w ankiecie „Theater heute” uznano urodzonego w Grazu Schwaba dramatopisarzem roku.
Werner Schwab z innego jeszcze powodu jest tutaj przeze mnie traktowany z dystansem. Tworzył on bowiem coś, co zwać można dramatem lingwistycznym, wikłał siebie i czytelnika w język przełamując świadomie jego reguły. Bawiąc się językiem, tworząc neologizmy, reifikował człowieka i personifikował przedmiot [np. piwo tęskni za tobą w lodówce]. Śmieszy już sama świadomość, że potrafił poprzez językowe zabawy – wydobycie z języka własnego dialektu zwanego dziś SCHWABDEUTSCH – gorszyć mieszczańską, konserwatywną społeczność. Z eksperymentów na języku brała się siła Schwaba, poszukującego stylu już w czasie studiów w wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, kiedy to tworzył rzeźby przy użyciu zwierzęcych kości i mięsa oklejonego wycinankami z gazet. Także i wtedy z formy wykluwała się treść. W sztukach Schwaba treść wykluwa się z eksperymentów na języku, zdawałoby się niewinnych, a jednak ich odbiorcy wzdrygają się na wyobrażenie świata przez niego kreowanego, świata który zdaje się tonąć w fekaliach.
Czy faktycznie Schwab nie miał nic więcej do zaproponowania niż fekalia i nurzanie się w nich? Skoro tak, to czego tłumy reżyserów, aktorów i większe jeszcze tłumy odbiorców szukają w jego sztukach?
Najprostszym rozwiązaniem, czytelnym, ale i schematycznym więc obrażającym inteligencję Schwaba, a zarazem rozwiązaniem wybraniającym odbiorców przed zarzutem o zboczenie, będzie włożyć austriackiego dramaturga do szufladki z napisem „nowi brutaliści”, co miałoby oznaczać bezkompromisowy ogląd, w sensie krytycznym, naszej rzeczywistości. Tkwi zapewne w takim ujęciu sprawy ziarno prawdy, bowiem wnika Schwab w obrzydliwe rejony rzeczywistości, podsuwając odbiorcy odpowiedź na temat jej i tworzącego ją człowieka kondycji; z drugiej jednak strony tego rodzaju klasyfikacja okazuje się krzywdzącym uproszczeniem, stanowi wszak rozstrzygnięcie finalizujące dyskusję. A przecież nie widać końca odkłamywania świata!?
Odkłamywania, w którym udział brał Werner Schwab nazywany genialnym samotnikiem żyjącym u schyłku porządku naszego świata, który mówił:
„tylko ból jest w człowieku wielki. Człowiek jest mały”.
Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku
- - - - - -