Co mnie nie dotyczy, nie istnieje 
Uprawia
teatr zaangażowany, a więc sztukę ukierunkowaną na jakiś cel, w tym przypadku sztukę próbującą rozpoznać stosunki panowania i władzy nad kobietą
[1]. Jasno zaakcentowany jest w rozprawach okołojelinkowych jej feminizm, w istocie będący zniewalaniem i fałszem na podobieństwo komunizmu. Jeden i drugi
izm daje sobie prawo mówienia w imieniu – pierwszy: kobiet, drugi: ludzi (kobiet i mężczyzn; uszczegóławiam termin „ludzie” żeby mi nie zarzucono tego i owego).
Izmy lubią mówić w imieniu. Feminizm nie jest głosem zabieranym przez baby mówiące: my brzydkie baby, baby samotne, niespełnione, pozbawione kobiecości… – a do takiego gadania, jak sądzę, miałyby prawo. Feminizm przemawia w imieniu kobiet. A to już jest nadużycie!
Gdyby do takiego feminizmu sprowadzało się dzieło Jelinek, byłoby cokolwiek smutno. Co prawda pisała ona, że „gdy kobieta przestaje się podobać, czyni pierwszy krok w kierunku swego wyzwolenia”, że „kobieta nie jest w stanie osiągnąć wielkości dzięki swojej pracy artystycznej lub intelektualnej. Ma prawo istnieć tylko tak długo, jak długo jest młoda i piękna i nadaje się na okładkę”. Z tego pisania jednak nic nie wynika. To jelinkowa wizja i jelinkowa projekcja, tymczasem niepotrzebnie wpleciona w ramy wypowiedzi obowiązującej jest po prostu uzurpacją. Niedobrze dzieje się więc wówczas, gdy krytycy przyjmują podobne projekcje za realność. Ostatnio jakby coś drgnęło w tej kwestii; recenzenci zaczęli dostrzegać, że winę za niedostatek samodzielności życiowej bohaterek, winę za skazywanie ich na rolę ofiar ponosi sama Jelinek: „wyposaża je jedynie w ideę cierpienia i odmawia jakiejkolwiek życiowej fantazji”[2].
Elfride Jelinek [urodzona w 1946 roku w Styrii, studiowała w Wiedniu teatrologię, historię sztuki i muzykę, w świadomości masowego odbiorcy zapisała się jako autorka powieści „Pianistka”, na podstawie której Michael Haneke zrobił film] jest dramaturgiem konsekwentnym właśnie przez zaangażowanie, którego żniwo zbiera do dziś, szczególnie w rodzimej Austrii, gdzie dyrektorzy teatrów niechętnie podejmują się wystawiania sztuk będących rozliczeniem z historią. Po trosze rozlicza się zapewne i z sobą, członkinią Partii Komunistycznej, w której trwała aż do upadku Związku Radzieckiego. Zauważyć da się tutaj jakieś podobieństwo do Heideggera i nazizmu, do Sartre`a i komunizmu. Jelinek podobnież dziś uważa (lepiej późno niż wcale) swój kontakt z Partią za największy błąd życiowy. Co też się we łbach osób inteligentnych ponad przeciętność wywraca, że widzą tam, dokąd idą jakieś panaceum na niedoskonałość świata? Buntują się przeciw niesprawiedliwości i ku niej wyciągają ręce. Absurd! Człek inteligentny winien być Camusem, to znaczy: MYŚLEĆ KRYTYCZNIE. Ale wracajmy do miłej Elfride… Wyczytałem gdzieś, że wyparła się ona również feminizmu i dziś przyznaje się tylko do jednej etykietki, konsekwentnej pesymistki. Dobre i to.
Przez sztuki Jelinek przewijają się zmarli, tabuny zmarłych: Celan, Adorno, Plath, Arendt, Hegel, Fichte. Autorka wykorzystuje ich do wyłożenia tematu: „nie chodzi mi o trójwymiarowych ludzi, z ich błędami i słabościami. Chcę polemiki, ostrych kontrastów, mocnych kolorów”, a wykłada go językiem przynależnym „Grupie Wiedeńskiej”, na który składają się cytaty, odniesienia do kultury masowej, technika montażu słownego. Nie stroni od tematów drażliwych, nie unika krytykowania wszelakiej maści władz i oceny niechlubnej przeszłości historycznej Austrii, nie dziwi więc, że przez długi czas w ojczyźnie dyrekcje teatrów Jelinek ignorowały. W tym kontekście nie dziwi też wieść, że jej sztuka na rodzimą scenę trafiła dopiero w 1992 r. Ale w przypadku kogoś kto nie ma stałej pracy, utrzymuje się wyłącznie z pisania, i to z pisania tekstów dramatycznych [w ogóle] i wyprzedzających teatr [w szczególe], a nie godzi się na kompromisy, taka nieobecność niekiedy kończy się niedobrze. Jelinek jednak przetrwała. Okazała hardość ducha. Jest.
Dramaty Jelinek swoją siłę zawdzięczają językowi korespondującemu w swoisty sposób ze spuścizną Heideggera i Wittgensteina. W języku mieści się człowiek i jego świat. Język, słowo, ma siłę tworzenia, ale i niszczenia, może zabić. Tym językiem, językiem mocnych kolorów Jelinek opowiada, i porusza „nieładne problemy”, nieładne dla tegoż człowieka i tegoż świata.
Elfride Jelinek[3] odepchnęła Partię, feminizm, a z nimi inne wypaczające obraz izmy i rzecze „przestałam wierzyć, że w ogóle ma sens stawianie sobie jakichkolwiek celów wykraczających poza własne ja”. I pięknie. Teraz nieobciążeni balastem krytyki, dalecy od zaangażowanych środowisk, możemy wieczorkiem spokojnie sobie przysiąść nad sztuką pani o uroczym imieniu Elfride i niczego nikomu nie udowadniać. Tylko czytać i być.
Jacek Uglik
[1] Zob. K. Szumlewicz, Kobieta z siekierą, czyli Elfride Jelinek w walce przeciw mitom, „Lewą Nogą” 2002, nr 14, s. 442.
[2] G. Stadelmaier, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (24 X 2002). Cyt. za: „Dialog” 2002, nr 12.
[3] Po polsku z jej sztuk przeczytać można: Choroba albo współczesne kobiety, „Dialog” 1994, nr 6; oraz Nora, Clara S., Zajazd, Księgarnia Akademicka, Kraków 2001.
Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku
- - - - - -