Taksówkarze Historia dwóch taksówkarzy i pięknej Estonki, która nawet na niewyraźnym zdjęciu marcowego numeru „Dialogu”
[1] wydaje się piękna, no więc historia ich spotkania ma miejsce w Nömme – dzielnicy Tallina, a zapisywana jest na tle zniszczonej willi z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Autorami omawianego dramatu są Fin Jussi Niilekselä [ur. w 1950 r. w Pulkkila, absolwent wydziału dramatu na uniwersytecie w Tampere, autor słuchowisk, sztuk telewizyjnych i seriali] oraz Estończyk Mihkel Ulman [ur. w 1956 r. na Białorusi, autor dramatów i scenariusza filmowego]. Ich dwuaktówka w sensie ścisłym jest tragikomedią, więc sztuką przyjemną. I wiadomo, że taką a nie inną formę ich opowieści zawdzięczamy Ulmanowi, który mówi, że
„wszelkie próby stworzenia poważnej sztuki kończą się fiaskiem. Zaczynam sobie zdawać sprawę z tego, że widzę świat poprzez tragikomiczne spektakle”. I bardzo dobrze. Inaczej niezwykłe spotkanie dwóch taksówkarzy – Fina i Estończyka – w Tallinie mielibyśmy napisane drętwym językiem autorów pisma „Dialog”, którzy opatrzyli naszą sztukę tytułem należącym do kategorii
żenua [jak mawiają Rosjanie]: zapiekanka zjednoczonej Europy. Nie popisał się również C. Goliński pisząc w tym samym numerze miesięcznika coś w rodzaju komentarza do „Taksówkarzy”, a komentarz ów mieni się wyłącznie żałosnymi nawiązaniami do wątków narodowościowych, nijakimi porównaniami z europejską unią, solidarnością, ukrainą, polską i związkiem radzieckim.
Do spotkania taksówkarzy Toomasa i Pepe dochodzi rzecz jasna w taksówce. Okoliczności są jednak niezwykłe. Pepe [Fin] przyjechał do Tallina po tani alkohol i tanie kobiety. Alkohol jednak mu zaszkodził, więc wziął i obrzygał taksówkę Toomasa [Estończyka]. Nie dość tego: nie zapłacił za kurs. Toomas niewiele myśląc wziął Fina na plecy, zaniósł do domu i związał wiedząc, że tylko w ten sposób będzie mógł odzyskać pieniądze. O policji nawet nie myślał, na policję nie ma co liczyć. Tymczasem Pepe po przebudzeniu niewiele, jak można się łatwo domyślić, pamiętał. Jął ubliżać Estończykowi dając wyraźnie do zrozumienia, że nie ma zamiaru płacić za obrzyganą wołgę. I oczywiście dochodzi do bijatyki. Nie tyle z powodu zaległego rachunku, ale z powodu ambicji. Otóż Toomas jeździ mercedesem, czego gburowaty Fin nie zauważył. Nie dość tego: powiedział, że nie zapłaci za kurs 300 rubli. A jak wiadomo – walutą Estonii są korony. Koniec końców panowie dali sobie po ryjach. I już prawie Pepe poczuł się zwycięzcą meczu Finlandia – Estonia, kiedy nagle otrzymał znienacka potężny cios w głowę. Cóż było robić? Zwalił się nasz fiński niedźwiedź znowu na podłogę nieprzytomny. Kto go powalił? Piękna Estonka Merle – była żona Toomasa, z którą ten wciąż pomieszkiwał. Gdy tylko Pepe się ocknął, dowiedział się, co jest grane, kim dla siebie jest estońska para, od razu uderzył do Toomasa tymi słowy: „z tobą coś jest nie tak. Mieszkasz w ruinie, jeździsz syfiastą wołgą i rzuciłeś tak cudowną kobietę. Żal mi ciebie, kolego”.
Akcja rozgrywa się w tym trójkącie i poza jego ramy, wbrew pozorom, nie wychodzi. Dwóch facetów i kobieta. Dwóch facetów nie umiejących sobie poradzić z kobietą. Estończyk ponad Merle stawia remont posiadającego wartość historyczną rodzinnego domu, którego zdjęcie znajduje się w podręcznikach architektury. „Toomas: Wyremontowanie domu, to praca mojego życia. Jestem to winien następnemu pokoleniu. Merle: Ależ to wspaniale zabrzmiało! Następnemu pokoleniu! A jak go nie będzie?”. Pepe z kolei nie może zrozumieć, że Merle chce sama zdobywać życie. Na domiar złego próbuje ją zdobywać w sposób, który nie zapowiada rychłego sukcesu: „Merle, nie idź dzisiaj do szkoły, chodź ze mną do restauracji albo na przykład obejrzeć balet. Raz poszedłem w Tallinie na balet. Zbłądziliśmy tam z chłopakami. Najfajniejsze było to, że mogliśmy ciągnąć wódkę w antrakcie”. Merle nie daje się wziąć, nie można jej wziąć, ona nie jest na sprzedaż. Chce żyć dla siebie, chce być szczęśliwa. Toomas istnieje dla misji, a Pepe pragnie kobiety, na którą mógłby patrzeć jak robi mu kolację, gdy on pije piwo, a dzieci bawią się na podłodze. Każdy z bohaterów tragikomedii fińsko-estońskiej może powiedzieć: „Nie, nie rozumiesz!”. I w tym widzę jej wartość, w pokazaniu, że świat mieni się barwami, jest różny, a przez to piękny. Merle, Toomas i Pepe, każde inaczej, poszukują swego miejsca na ziemi. Tym lepiej, że przy okazji możemy się pośmiać.
A tekst zakończę słowami Toomasa, jakoś pewnie skłaniającymi do refleksji, o tej stronie rzeczywistości, którą się brzydzę: „wierzyliśmy, że jak wyrzucimy Rosjan, to wszystko się zmieni na lepsze. I jak sądzisz? Czy życie zmieniło się na lepsze? Cholerni nowobogaccy i złodzieje okradający kraj nagle dorwali się do władzy. W ciągu jednej nocy! Łapiesz? Biegaliśmy jak idioci z niebiesko-czarno-białą flagą estońską, tworzyliśmy bałtycki ruch solidarności, staliśmy ręka w rękę od Tallina do Wilna…”.
Jacek Uglik
Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku
- - - - - -