Polecamy te strony
 
 
 

 
 Ostatni mołdawscy pasterze
Valea Gurguiata

Mołdawię omijają turyści. Zatrzymuje ich łuk Karpat, poza który nie wyściubiają nosa. Położony na wschodzie Rumunii region żyje swoim rytmem, na nikogo się nie ogląda. Od paru dni to wschodnia rubież Unii Europejskiej, ale nikogo tu to nie poruszy, kraina rubieżą była przecież zawsze. Taki jej los. Może dlatego właśnie warto ją odwiedzić?
Valea Gurguiata - zobacz galerię zdjęć >>

I

Tereny między Botoszanami i Jassami mają charakter rolniczy, spłachetki pól uprawnych występują na przemian z rozległymi pastwiskami i najsłynniejszymi w kraju winnicami Cotnari. Cały przemysł miasteczka Hârlău (niegdyś mieściła się w nim duża fabryka meblowa) upadł na początku lat 90. Ostatnio hinduski pracodawca otwarł na dawnej kurzej fermie sporą szwalnię, w której zatrudnia miejscowe kobiety. Dumą okolicy jest leżący kilka kilometrów na południe od miasta kombinat produkujący znane w całej Europie niepowtarzalne wina.

Przewodniki wymieniają właściwie jedną tylko atrakcję miasteczka, niewielką XV-wieczną cerkiew pw. Św. Jerzego (Sf. Gheorghe) fundacji Stefana Wielkiego. Ponoć była pierwszą spośród słynnych malowanych świątyń, ale XIX-wieczna renowacja zniszczyła zewnętrzne malowidła do szczętu. Niezbyt pospieszne życie prowincjonalnego miasteczka skupia się wzdłuż głównej strada Stefan cel Mare. Kilka lat temu, gdy szliśmy tu z Mirceą, nauczycielem matematyki w miejscowej szkole, wzdłuż całej ulicy straszyły puste witryny, a jedyną działającą knajpą była typowa mordownia, gdzie w powietrzu gęstym od dymu można było siekierę zawiesić. Od tamtego czasu wiele się zmieniło i, choć knajpa-mordownia nadal działa, Mircea zabiera mnie do leżącej za miastem restauracji-pizzerii „Il Gondoliere”.

 

II

Widok z tarasu położonej poza miastem włoskiej restauracyjki nie da się tak łatwo przerobić jak jej wnętrze i jest do bólu rumuński, mołdawski. Demaskuje i ośmiesza nuworyszowskie aspiracje właściciela. Pofalowany teren zajmują intensywnie zielone, pastwiska i stada owiec, krów, a nieraz i konie całkiem swobodnie się tu pasą schodząc do pobliskiego jeziorka, by ugasić pragnienie, trawa wygolona jak na polu golfowym. Otwarte przestrzenie, łagodne zbocza pagórków, błękit nieba i dyktatura zieleni – na wschód od miasta ciągnie się pasterska dolina – Valea Gurguiata, to właśnie u jej wylotu siedzimy. Byłem tam, w głębi, już parę razy, ale teraz mam okazję zapuścić się dalej niż zwykle i spędzić w niej nieco więcej niż zwykle czasu. Cieszę się, bo, choć nawet szczegółowy przewodnik po regionie (Oraşul Hârlău Alexandru D. Todiraşa, Iaşi, 1994), o niej nie wspomina, to właśnie ona, znaczona na mapie ściegiem niewielkich stawów i jeziorek spiętrzających wodę płynącej jej spodem rzeczki, wydaje się mi jednym z najniezwyklejszych miejsc w całej Mołdawii, a może nawet całej Rumunii.

Umawiamy się, że wyruszymy następnego dnia.

 

III

Na piechotę jest spory kawałek, podjeżdżamy autem do wioski Cepleniţa, za którą ciągnie się równolegle do torów linii kolejowej i drogi, którą przyjechaliśmy, wał wzgórz rozcinanych tu i ówdzie fantazyjnie rzeźbionymi w lekkiej glebie jarami strumieni. Wzniesienie, na które wchodzimy, ma z zewnętrznej strony zbocze łagodne i rozciągnięte, ale od strony wnętrza doliny, gdy już jesteśmy na szczycie, okazuje się strome i urwiskowate, zejście jest możliwe tylko wydeptaną ścieżką. Przed naszymi oczami pyszni się wspaniały widok. Zbocza doliny i okolicznych wzgórz urozmaica, pokąd wzrokiem sięgnąć, kilkadziesiąt pasterskich styn, a na rozległych zielonych połaciach między nimi dostojnie przesuwają się mniejsze i większe owcze stada.

Kiedy myślimy o rumuńskim pasterstwie niemal zawsze przywołujemy z pamięci obrazy rodem z Karpat. Każdy, kto wałęsał się po Fogaraszach, Maramureszu, bukowińskich Obczynach czy innych górach Rumunii zna widok pasterskiej zagrody, pasących się na nieraz bardzo stromych halach i połoninach stad, nierzadko wymienił paczkę papierosów na kawałek aromatycznego sera lub kubek mleka, pogadał na migi z pasterzami, a może i przespał się w pobliżu styny. Warto wiedzieć, że gospodarka pasterska do regionu Karpat wcale się nie ogranicza, a występując na innych terenach dostosowuje się do panujących tam warunków. Na zielonych łąkach Mołdawii owce wypasa się przecież równie dawno jak w Karpatach, a kultura pasterska – nie jestem etnografem, ale mam przecież oczy – wcale nie jest tu uboższa. Brzmi to jak slogan z bedekera dla zblazowanych, ale to prawda: styny i związany z nimi sposób hodowli niewiele się tu zmieniły od czasów Mioriţy, najsłynniejszej rumuńskiej ballady ludowej, w której dwaj pasterze, Wołoch i Transylwańczyk zmawiają się przeciw trzeciemu, Mołdawianinowi, chcąc go zabić i zagarnąć jego stada.

Doliny Gurguiaty nie znają jeszcze, a być może nie zdążą poznać w ogóle ambitni, wyposażeni w najlepszy sprzęt fotograficzny i zapatrzeni w opisywane w przewodnikach Transylwanię i Maramuresz, amatorzy prymitywu. Smutny fakt jest bowiem taki, że będzie ona ginąć o wiele szybciej niż na niedostępnych halach Karpat. Mam wrażenie, że to ostatni moment, by się o jej bogactwie przekonać w całej pełni, by zobaczyć na własne oczy świat, za którym wkrótce zatrzasną się jak wieko trumny drzwi jednego czy drugiego muzeum (swoją drogą ciekawi historii mołdawskiego pasterstwa powinni odwiedzić muzeum etnograficzne w Jassach. które zgromadziło mnóstwo eksponatów dokumentujących jego dzieje. Wizyta tam jeszcze bardziej uświadamia nam historyczną ciągłość i niezmienność tego, z czym spotykamy się w Dolinie). Każdej mojej wizycie w Dolinie towarzyszy uczucie końca, wszystko wydaje się kruche i nierzeczywiste, za każdym razem mam wrażenie, że to już ostatni raz, że to musi się skończyć. Ale, na szczęście, za każdym powrotem widzę na powrót postawione styny, pasterzy i stada.

Tutejszych zagród nie da się porównać z tymi znanymi z połonin. W Mołdawii, gdzie brakuje drewna, styny budowane są głównie z trzciny i łodyg kukurydzy. Centrum styny stanowi szałas, w którym cioban doi owce i przygotowuje sery, często szałas wyposażony jest w oddzielną „izbę”, w której się śpi. Wysokie ściany koszaru są widoczne z daleka, mają za zadanie zapewnić towar w bezleśnej okolicy niezmiernie deficytowy – cień. Teren wokół jest wydeptany, bez źdźbła trawy.

Zwierzęta wypędza się na dzień na wypas. Na ten moment niestety już nie zdążyliśmy. Kolejne zabudowania są opustoszałe, niby ktoś się uwija, w pobliżu zawsze znajdzie się pilnujący pies, ale pośpiechu nie ma. Gdy nie ma owiec, łatwiej dostrzec resztę inwentarza: kury, indyki, świnie, konie. Owce są hen, na pastwiskach, z daleka widać spokojnie pasące się stada i wsparte na długich pasterskich kijach znudzone postacie pilnujących ich ciobanów. Mają oni do pomocy wytresowane potężne psy pasterskie, które zawsze trzymają się na skraju stada i pilnują niesfornych owiec.

Mijamy kolejne styny, jedne stoją samotnie, inne blisko siebie. Ktoś zawsze jest na miejscu – roboty jest mnóstwo: przy serze, przy uprzątaniu obejścia po nocy, przy jedzeniu, na które składają się głównie mamałyga i ser i które musi być gotowe na czas. Do tego dochodzą drobne naprawy, mycie naczyń przed porą udoju. W takim momencie odwiedzamy stynę, gdzie pracują Andrei i Bogdan. Andrei ma 13 lat, Bogdan jest na oko raz starszy. Dla jednego mamy czekoladę, dla drugiego papierosy. Zapraszają do środka. Mam okazję przypatrzeć się ich pracy, kosztuję serów, mleka.

Minie jeszcze sporo czasu nim nadejdzie najważniejszy moment dnia – chwila powrotu owiec z pastwiska, wtedy trzeba się uwijać – wszystkie muszą być wydojone, a to nie lada praca wydoić kilkadziesiąt zwierząt. Owce zaganiane są do części zagrody przed szałasem, szybko ustawiają się w cierpliwą kolejkę. Ciobani do tej roboty siadają w szałasie na niskich zydelkach, owce podchodzą pojedynczo, słychać pobekiwania, prawdziwe owcze kolejkowe rozmowy, milczący i skoncentrowany pasterz ustawia zwierzę tyłem do siebie, między nogi wkłada wiadro i wprawnymi ruchami opróżnia pękate wymię w parę chwil. Słychać strumienie sikającego mleka. Wydojone owieczki przechodzą do drugiej części zagrody, gdzie mogą położyć się w cieniu, odsapnąć. Później wrócą na pastwisko lub do koszaru.

Pasterskie gospodarowanie – można odnieść wrażenie – w Valea Gurguiata funkcjonuje zupełnie poza czasem. Tradycyjnie wypas zaczyna się 1 maja i trwa do października. Ciobani przez ten czas właściwie nie opuszczają swoich styn i stad. W owczej zagrodzie pracują, jedzą, śpią i odpoczywają. Do miasta można dojść w dwie, trzy godziny na piechotę (dojazd samochodem mocno utrudniony, po deszczu właściwie niemożliwy), ale nie bardzo jest jak – nie można zostawić owiec bez opieki, skarży się Bogdan. Martwi go to trochę, bo wciąż nie ma dziewczyny, a przecież najwyższa po temu pora. Choć zajęcie ciężkie, a współczesne czasy odarły je z resztek romantyzmu, to wciąż w dolinie słychać ciobanów grających raz smętne, innym razem radosne i rozświergotane melodie na nai, lokalnej odmianie fletni Pana. Gra urozmaica monotonię.

Andrei ma 13 lat, ale do szkoły właściwie nie chodzi, pracuje na stynie, wciągnął go starszy brat. Ani jeden, ani drugi nie myślą zanadto o przyszłości. Liczy się tylko chwila obecna, a czas dla nich to zupełnie inne pojęcie niż dla nas. Na stynie człowiek jest wolny – twierdzi pewnie 13-to latek – ma co jeść, gdzie spać, co robić. Nie ma luksusów, ale nie ma i pokus, jest wolność. Logika myślenia Andreia jest nie do zbicia. Imponuje mi.

Chłopak, gdy już pojawi się w szkole lub w mieście, nie ma o czym rozmawiać z kolegami, owszem odtwarzacze mp3, gry komputerowe i plakaty z gwiazdami Steauy Bukareszt są fajne, ale sensem jego życia są jednak owce i wszystko, co się z nimi wiąże, wełna, ser, mięso, jagnięta, jednym słowem ciobańskie życie. Myślę, że to nic dziwnego, że w tradycyjnej kulturze mołdawskiej, w legendach, cioban był zawsze postacią tajemniczą i obcą, znał się na magii, potrafił rozmawiać ze zwierzętami, fascynował i przerażał wiejską gromadę. Do pewnego stopnia tak musi być do dzisiaj. Nie mogę jednak odpędzić pytania jaka Andreia czeka przyszłość.

 IV

Nigdy nie miałem dość czasu, by zostać z ciobanami dłużej, choć dwa, trzy dni. Marzę o tym, bo zmęczony rwanym rytmem swojego życia, chciałbym przez parę dni poudawać kogo innego. Pewnie, gdybym miał możliwość spędzić wśród nich więcej czasu, poznać ich życie i problemy, inaczej patrzyłbym na to pasterskie życie, tak proste jak tutejszy pozbawiony udziwnień, ograniczony do podstawowych form – nieba i ziemi – pejzaż. Patrzyłbym z mniej cielęcym zachwytem. Mądrzej.

Może kiedyś się uda? Na razie muszę cieszyć się z tego, co mam i co widziałem. Z tych wrażeń, którymi chcę się z Czytelnikami podzielić. Może któryś z nich, gdy przeczyta te słowa i zobaczy zdjęcia, zechce Dolinę zobaczyć na własne oczy? Każda kolejna osoba czytająca ten tekst sprawia, że Dolina jest coraz mniej Moją Doliną, traci swoje dziewictwo, ale z drugiej strony, mówię sobie, trzeba takie miejsca pokazywać, ocalać słowem i obrazem, bo ich los jest już przesądzony.

tekst: Wojciech Śmieja
fotografie: Wojciech Śmieja, Marek Pluskiewicz, Lesław Tetla


Valea Gurguiata - zobacz galerię zdjęć >>

 

 

 



Poka ten tekst swoim znajomym na Facebooku

Po aktualne informacje o wydarzeniach kulturalnych zapraszamy do grupy [panoramakultur]

- - - - - -

     


© Stowarzyszenie Panorama Kultur 2003-2010
e-mail: biuro@pk.org.pl
powered by prot serwery

Poprawny CSS!