Podróże z Mirczą
Asi i Robertowi
dzięki którym to było możliwe
Przekraczanie granicy Mołdawii dla każdego, kto mieszka po tej stronie stanowi nie lada przeżycie. O tym kraju nic pewnego nie da się powiedzieć, nawet jego nazwa jest kwestią niepewną i wątpliwą. W polszczyźnie i choćby po francusku nazwy są dwie: raz jest to oficjalna Republika Mołdowy czy, w najlepszym razie Mołdowa, którą ze wstrętem mój edytor tekstu zmienia na Żołdową, bo nawet dla maszyny trudna jest do przełknięcia, bardziej zaś tradycyjnie i historycznie jest słodko brzmiąca, pachnąca winem i koniakiem Mołdawia, która – tyleż poręczna, co myląca – jest nazwą maleńkiego kraiku wciśniętego między, gigantyczne z jego perspektywy, Ukrainę i Rumunię, a zarazem służy za nazwę historycznej prowincji tej ostatniej. Po rumuńsku, choć nazwa jest jedna - Moldova – zamieszanie jest równie wielkie. Co ma na myśli woskowa figura Stefana cel Mare, która drobiazgowo odtworzona w muzeum w Suczawie, nagranym na archaiczną czarną płytę gromkim głosem wykrzykuje w kierunku kolejnych szkolnych wycieczek, że „Moldova taraiasca!” dziś już naprawdę nie wiadomo.
Mołdawia/Mołdowa to chyba jeden z nielicznych krajów w świecie, których sama nazwa jest dużym problemem, nic dziwnego więc, że wjeżdżający tu mają poczucie jak gdyby wchodzili na jakieś niebezpieczne bagna, które grożą, że jeśli nieostrożny podróżny zmyli właściwą ścieżkę, pochłoną go na zawsze.
Początkowo myślałem, że moje obawy są tylko odbiciem lęku każdego Europejczyka (którym niedawno, wraz z niemal 40 milionami rodaków, się stałem) podróżującego na wschód (przy całej rozciągliwości tego pojęcia). Wydawało mi się, że dla Mirczy sąsiedni kraik będzie równie oswojony jak dla nas Słowacja. Rozczarowałem się. Był tu kiedyś, to prawda, lecz ta podróż budzi jego obawy, bo w jego mniemaniu to jednak dziki kraj, a Rumunia jest rubieżą cywilizacji zachodniej. Żywo protestuję, gdy mu mówię, że moim zdaniem jej granica przebiega wzdłuż łuku karpackiego i Braszów na przykład do niej należy, ale Bukareszt już nie; Bukareszt, Jassy czy Tulcza leżą w pasie ziemi niczyjej. Żywię być może złudne przekonanie, że gdyby Rumuni byli odważniejsi i po ugodzie z Alba Iulia zgodzili się przenieść stolicę do węgierskiego Kolozsvaru czy saskiego Braszowa, despotia Ceauseski nie przybrałaby aż tak wschodnich rozmiarów. Spekulacja trafia do niego i zdaje się nad nią chwilę rozmyślać, mogę być niemal pewien, że do tego wątku kiedyś wróci.
Rumuńscy celnicy patrzą na nas trochę jak na wariatów, z życzliwą i niekłamaną ciekawością pytają o cel podróży. Turystyka? Patrzą po sobie porozumiewawczo i uśmiechają się. Pewnie mają tu co jakiś czas, ale chyba raczej rzadko, podobnych wariatów. Głośno protestujemy z Mirczą, gdy nas ostrzegają, że musimy na wamie mołdawskiej uiścić idiotycznie wysoką opłatę w euro lub równowartość w ich lejach o wyglądzie banknotów do gry w „Monopol”, tłumaczymy, że ja – dumny posiadacz UE paszportu - nie muszę, a oni uparcie, że tak, bo się przepisy zmieniły, i tak, musimy. Oferują, że zadzwonią na posterunek kolegów mołdawskich i zapytają. Prosimy o to. Okazuje się, że tak, mamy płacić, wychodzi parędziesiąt euro. Jestem wściekły, to jednak ruchome bagno, przed wyjazdem sprawdzałem, nie ma żadnych opłat, a tu znowu coś wprowadzili. A może chłopaki z wamy chcą sobie po prostu trochę dorobić? Wtedy można by było się potargować. No, w każdym razie nie mam takich pieniędzy, ale decydujemy z Mirczą, że ponegocjujemy i zobaczymy. Rumuni otwierają szlaban, a w ich oczach widzę coś na kształt wyrzutu, że, mimo iż zrobili wszystko, byśmy zawrócili i pozostali w ich kraju, w którym jeszcze tyle turist polonez mógłby zobaczyć, my nie poddaliśmy się i byliśmy zdeterminowani pojechać do tego pokracznego państewka.
Do granicy z Jass prowadzi całkiem wygodna droga, wyremontowana z funduszy unijnych stanowi najpyszniejszy element krajobrazu tego ponurego pogranicza z ubożuchnymi i brudnymi wioskami. Nowoczesna szosa i chaty będące nieraz po prostu lepiankami, błotniste obejścia, furmanki i puszczone samopas bydło nijak do siebie nie pasują, zauważył Mircza, kiedy ta wygodna szosa ustąpiła miejsca, kilkadziesiąt metrów za szlabanem, byle jak wylanej, pozbawionej jakichkolwiek linii czy pobocza, dziurawej i garbatej drodze, która odtąd będzie nam towarzyszyć do samego Kiszyniowa.
Budka strażnicza, w niej ponury i pryszczaty sołdat w mundurze, którego dezajn bardzo retro nawiązuje do sprawdzonych wzorców nieistniejącego imperium, a obok dziadziunio z ręcznym opryskiwaczem, który przeprowadza obowiązkową w tym kraju dezynfekcję kół pojazdu. Myślę, że jej skuteczność niewiele by się zmniejszyła, gdyby dziadzio, albo znudzeni sołdaci, po prostu obsikali te stwarzające realne zagrożenie dla klinicznie czystej Republiki koła.
Jego obsikiwanie nie jest niczym innym jak formą legalizacji myta, a może lepiej haraczu, który suweren tutejszych terenów pobiera od wjeżdżających. Następny etap wielostopniowej procedury ma miejsce około pół kilometra dalej, gdzie znajduje się właściwe przejście. Budynki nie odbiegają od środkowoeuropejskiego standardu, tylko chłopaki w czapkach a la lotnisko zdradzają, że tu zaczyna być sieriozno. Starszy oficer zwraca się do nas po rosyjsku nakazując wypełnić deklarację celną. Gdy po rumuńsku prosimy o jej rumuńskojęzyczną wersję (wręczył nam rosyjską) prycha pod nosem, ale wręcza. Rozmowa uparcie toczy się z jego strony po rosyjsku, z naszej po rumuńsku, nikt nie ustępuje, ale gdy facet kwestionuje własność samochodu – nie wierzy, że takie gołodupce jak Mircza i ja mogą jeździć nowym autem – przechodzimy na nasz łamany rosyjski. Subtelne konwersacyjne zwycięstwo zadowala misia i puszcza nas dalej nic nie wspominając o konieczności wykupienia jakiejś wizy. I w każdym innym kraju banalny fakt przekroczenia jego granicy tu by się kończył, ale w Mołdawii jest inaczej. Aby przyjezdny w pełni docenił doniosłość tego zdarzenia, zmuszony jest udać się do specjalnej delegatury jakiegoś urzędu drogowego i tam uiścić należne opłaty: ekologiczną, fitosanitarną, za korzystanie z dróg, Bóg wie jaką jeszcze. W obskurnym budynku siedzą tłuści zmilitaryzowani czynownicy i ich żeńskie odpowiedniki, których beztrosko tandetna elegancja, taka sama we wszystkich proradzieckich krajach, jest widomym znakiem, że wspólnota mentalna narodów Związku przetrwała sam Sojuz. Wszyscy rzucają okiem na ustawiony w dogodnym miejscu telewizor, który, jako że właśnie przypada 60 rocznica zwycięstwa nad faszyzmem, wciąż rozbłyska frontowymi wybuchami i gromkimi „Urra!”, które tak kontrastują z obojętnością i lepką ospałością ignorujących sznureczek zniecierpliwionych tirowców urzędników.
Wnosimy należne opłaty, dostajemy za to jakieś kwity, ich zgubienie, informują nas od niechcenia, może uniemożliwić wyjazd z Republiki Mołdowy, której dumny sztandar ze stylizowanym orłem powiewa właśnie nad naszymi głowami. Boże, to tak się podpisuje cyrografy? Mimo wszystko myślałem, że robi się to z większym lękiem.
Mołdawia wita nas beznadziejną drogą, wzdłuż której ciągnie się po obu stronach szpaler pięknych kasztanowców (niektóre ulice Kiszyniowa też toną w ich cieniu, czasami miasto przypomina Paryż, naprawdę, tyle tylko, że zamiast paryskich platanów – kiszyniowskie kasztany), a dopiero w słusznej odległości od drogi zabudowania jakiejś wioski. W Mirczy jest dużo krytycyzmu w stosunku do Rumunów, szanuje właściwie tylko tych z Transylwanii, ale wobec mołdawskich (bo są jeszcze rumuńscy) Mołdawian odczuwa pomieszanie niechęci i współczucia. Oderwana w 1812 roku prowincja powróciła do rumuńskiej macierzy na krótko w czasach międzywojennych i już wówczas królewiacy odnosili się do niej z pobłażaniem i niechęcią, za co Mołdawianie do dziś im odpłacają i niezbyt garną się do integracji z Bukaresztem. Ostatnie dwa stulecia podzieliły naród. Ciągłość widać w krajobrazie i w odbitej w nim ludzkiej mentalności. Domy buduje się tu w ten sam sposób, co w rumuńskiej części krainy, obejścia przed wzrokiem intruzów chronią takie same wysokie płoty, ozdobność studni, które mijamy jest nawet jeszcze większa, ale zarazem wszystko jest jednak trochę inne: jeszcze uboższe, kolory są bardziej spłowiałe, obejścia zaniedbane w jeszcze większym stopniu. Te wszystkie dekoracyjne elementy domów mołdawskich, dachy z ozdobnymi kalenicami i finezyjnymi zwieńczeniami, z rynnami o fantazyjnych bizantyńskich kształtach i wieżyczkami czy kopułkami o ażurowych konstrukcjach, gankami naśladującymi brynkoweański styl, jednym słowem wszystko to, co jest takie piękne w okolicach Târgu Neamt, tutaj staje się wyblakłe, bezsilne wobec czarnej rzeczywistości, zrezygnowane. W Rumunii nierzadko widać miłość ludzi do własnego domu, obejścia, przypisanego najbliższego krajobrazu, o które w miarę rozczulająco skromnych środków i przy pomocy rozbrajająco prostych chwytów się dba, Mołdawianie odpuszczają, jakąś siłą inercji postawili parędziesiąt lat temu swoje domki tak jak to było przyjęte, ale po najmniejszej linii oporu, jakby zmuszali się do tych kilku na odczepnego dołożonych ozdób, jakby nie mieli siły podtrzymywać swojej tożsamości, a wstyd ich było tak całkiem odpuścić i zamieszkać w ponurych blokowiskach, których smutne szkielety straszą w przygranicznym mieście Ungheni, do którego właśnie wjeżdżamy.
Ungheni sprawia wrażenie jakby oczekiwało na jakiś katastrofa, przed którą większość mieszkańców dawno uciekła, a ci, którzy pozostali po prostu nie mają gdzie tego zrobić i z fatalizmem czekają na rozwój wypadków. Jest mokro i zbyt szerokie, pozbawione oznaczeń, ulice miasta na skrzyżowaniach rozlewają się po prostu w jakieś wielkie oślizłe betonowe place. Wrażenie jakiejś nostalgiczności, zanikania w mętnawej nieskończoności. W krajobrazie miasta straszą puste blokowiska, całe kompleksy niezamieszkałych lub zamieszkałych tylko częściowo, pozbawionych okien, ponurych bloków, ku którym prowadzą wyboiste i błotniste drogi osiedlowe. Gdyby choć jakiś plac zabaw, osiedlowy sklepik, zaparkowane przed klatką schodową samochody, pranie na balkonie, ale zamiast tego tylko dwie przygnębione krowy i parę rachitycznych drzewek owocowych na międzyblokowej łączce. Surrealizm tak intensywny, że ma się niemal wrażenie wejścia w długie perspektywy obrazów de Chirica. Bezczelne kłamstwo urbanistyki, Ungheni jest koszmarną i wynaturzoną wsią. Dzielę się moimi wrażeniami z Mirczą, przyznaje mi rację, opowiada o ostatnim niespełnionym marzeniu Ceauseski – systematyzacji wsi rumuńskiej. Jej efektem miało być powstanie w Rumunii kilkunastu olbrzymich agrokompleksów – ni to miast, ni wsi, w których skoszarowana ludność pracowałaby w rumuńskich kołchozach wyrwana ze swoich korzeni, stłamszona w ponurych blokach bez piwnic i wychodków, w których - i tak było naprawdę – obowiązywał zakaz trzymania zwierząt domowych, na przykład psa. Agrokompleksy w imię pełnego egalitaryzmu pozbawione byłyby jakiegoś centrum, dzieliłyby się na kilka dzielnic ze swoimi szpitalami, szkołami, kinami, sklepami. Lud rumuński nie dzieliłby się już wówczas na chłopów i miastowych, nikt nie miałby kompleksu wiejskiego pochodzenia, nikogo też by nie skłaniała do popełnienia „myślozbrodni” kusząca potęga smaku tradycyjnej architektury, wykształcony przez stulecia ludzki habitat nie łudziłby już nikogo swymi niewyszukanymi, acz praktycznymi udogodnieniami… Podobno w okolicach Bukaresztu udało się parę wsi zburzyć i na ich miejscu wybudować zalążki takiego kompleksu. Na szczęście były to już ostatnie podrygi reżimu i planu w życie nie wcielono.
Spełnione marzenie przywódcy nie odbiegałoby bardzo od rzeczywistości zrealizowanej w Ungheni. To byłyby detale, ale znaczące na tyle, że warto się na nich skupić.
Myślę o architektonicznych sposobach wyrażania się utopii i dopiero, gdy zestawiam sobie obrazy z blokowisk znanych mi z Polski, Czech, DeDeeRu z jednej strony, Rumunii z drugiej, a z jeszcze innej ponurych osiedli ukraińskich czy właśnie mołdawskich miast uderzają mnie różnice. Nasze blokowiska, potworne osiedla naszych miast, podobne są z grubsza do węgierskich, czeskich, enerdowskich. Wieszamy na nich psy i pewnie słusznie, ale obecny jest w nich, choćby w jakimś bardzo znikomym stopniu szacunek dla pojedynczego człowieka, dla jego potrzeb estetycznych czy ludycznych. Jest jakaś elementarna racjonalność ścieżek rowerowych, dróg osiedlowych, placyków zabaw, parkingów i garaży w pobliżu mieszkania. Jest obecna podstawowa zasada, żeby bloki nie szpeciły krajobrazu bardziej niż to konieczne: większość mieszkań wyposażona jest w balkony, które dowolnie można sobie dekorować czy ozdabiać kwiatami. Śląskie „gwiazdy” czy „kukurydze” dowodzą, że próbowano łączyć funkcjonalność, estetykę i to nikczemne minimum poszanowania jednostki, dla której ufundowano podstawowe udogodnienia. Racjonalność formy wyraża się w ograniczeniu wszelkiego naddatku, czczej dekoracji, zastanawiam się czy to nie pozostałość myślowa racjonalnego Bauhausu, w każdym razie w porównaniu z blokowiskami Rumunii czy dawnego Związku widać pewne złagodzenie totalitarnego ducha, koncesję na rzecz rzeczywistości, minimalne poszanowanie człowieka. W końcu Nową Hutę wybudowano obok historycznego Krakowa, gdyby wznoszono ją w Rumunii, wyrosłaby pewnie w samym historycznym centrum, tam gdzie Kościół Mariacki i Sukiennice.
Blokowiska rumuńskie są dowodem megalomanii, idiotycznego pozoranctwa, prostackiego nacjonalizmu i, to chyba najgorsze, krańcowej pogardy dla człowieka i jego rzeczywistości. Są zupełnie pozbawione sensu.
Nie znam się na budownictwie przemysłowym, ale swoje bloki budowali z jakiegoś innego niż nasze, podlejszego materiału. Żółtawy kolor elewacji sugeruje, że podstawowym budulcem jest tu piasek.
Kiedy wjeżdżam do jakiegoś rumuńskiego miasta mam wciąż wrażenie, że te niechlujne konstrukcje to nic więcej niż jakaś dekoracja filmowa, która, kiedy powieje silniejszy wiatr z pewnością się przewróci z chrzęstem rozdzieranego paper – mâché, zza którego wyłonią się byle jak sklecone drewniane rusztowania. Wrażenie iluzji potęguje zupełny brak dbałości o podstawowe udogodnienia dla mieszkańców. To po prostu musi być dekoracja, przecież, mieszkając tu, można by zwariować. Nie ma chodników, wychodząc z klatki schodowej nieraz toniesz po kolana w błocie, latem dusisz się od kurzu, zaparkowane samochody metodycznie gniotą ostatnie spłachetki rachitycznej trawy. Bloki wsadzono bezpośrednio w ziemię i każdy stoi sam sobie nie połączony z innymi, ohydny, nieraz pośród zwałów śmieci. W histerycznym pędzie do modernizacji nie było czasu na drobiazgi humanizujące nasze osiedla, ale za to był wymóg projektowania wielkiej płyty na modłę narodową, jakieś geometryczne wzory wzięte z folkloru muszą się powtarzać w elewacji, w wykroju balkonu, opadającej konstrukcji dachu. Na pierwszy rzut oka dekoracyjne fiu – bździu jest to nawet ładne, ale te reprezentujące narodową ideę balkony zostały szczelnie zabudowane i oszklone przez marznących zimą i pozbawionych piwnic mieszkańców i służą dziś, w braku przestrzeni życiowej, za połączenie wiatrołapu ze spiżarnią – tak życiowa praktyka wygrała z pospiesznie realizowanymi ideałami narodowego socjalizmu, a obłęd nowoczesności za wszelką cenę okiełznany instynktem samozachowawczym mieszkańców zmuszonych zamieszkiwać stworzoną dla jednego widza teatralną rekwizytornię utopijnych konstrukcji.
Pograniczne miasto buforowej radzieckiej republiki mogłoby się w zasadzie szczycić tylko swoimi szerokimi ulicami, gdyby te nie były znakiem ostatecznego upokorzenia. Pobudowano je takie wielkie chyba tylko dla kolumn pancernych, które w razie wojny miały runąć z Naddniestrza na Grecję i Bałkany, bynajmniej nie zaś dla wygody marnych kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców. Czołgi nie potrzebują pasa na środku jezdni, bo przecież dla nich obowiązywał ruch jednokierunkowy, na zachód, więc pasów po prostu nie ma. Możemy naszym samochodem wyczyniać niemal piruety na ogromnej pustej tafli.
Ponieważ ważna jest tylko główna droga, droga tanków, do osiedla prowadzi potwornie wyboisty dukt, bloki, jeszcze bardziej niż w Rumunii sprawiają wrażenie wsadzonych nieoczekiwanie i ku zdziwieniu pasących się krów w środek pastwiska. Charakterystyczna toporność stylu, masywne betonowe balkony i brak jakichkolwiek upiększeń, brak nawet firan w oknach upodabniają je do jakichś militarnych obiektów, poligonowych atrap. Jednolita bryła, monotonna powtarzalność elementów, bunkrowa szarość, brak jakichkolwiek śladów indywidualizującej ten czy tamten balkon działalności mieszkańców. Wcielona Totalitarna idea, która nie udaje przed nikim, nawet sama przed sobą, że może coś ludziom zaoferować, przeciwnie idea wyraźnie komunikująca jednostce, że jest bez znaczenia, że nie ma żadnej rzeczywistości poza koszmarem przez nią ufundowanym, że właściwie jednostki ze swoimi potrzebami mierżą totalitarną ideę, która swoją energię koncentruje na zupełnie innych celach (w ten sposób wracamy do szerokich ulic dla tanków). W przeciwieństwie do rumuńskiego snu o potędze, jej mrzonki i pustej fasadowości, mołdawskie blokowisko poraża swą toporną urawniłowką i masywnością, która przypomina nieustannie mieszkańcom tych nor, gdzie ich miejsce. Podczas gdy rumuńskie bloki zamienią się w roznoszony przez wiatr duszący pył, szkielety mołdawskich mastodontów z pewnością dalej będą straszyć kolejne pokolenia.
Mijamy miasto bez żalu, gdzieś po drodze kolejne wioski, których dwujęzyczne nazwy sygnalizują drogowskazy, na przykład taka osada: Elizawetoczka. Po jednej stronie drogi rozlatująca się bocznica kolejowa z szeregiem rdzewiejących wagonów, po drugiej odbijające żółciejące już na zachodzie niebo rozlewisko utworzone po intensywnym deszczu przez płynącą tu rzeczułkę. Odległa o siedemdziesiąt metrów od głównej drogi osada jest w ten sposób odcięta od świata, bo w Mołdawii tylko główne drogi mają utwardzoną nawierzchnię, kraj był do tego stopnia tranzytowy dla radzieckich dywizji, że nie postarano się nawet o wylanie zjazdów w boczne drogi czy ulice. Zasadą jest, że zjechanie z głównej drogi wiąże się z ryzykiem uszkodzenia nadwozia, poziom drogi wiejskiej jest z reguły o 15 – 20 centymetrów niższy niż poziom nawierzchni szosy.
Elizawetoczka, rosyjskojęzyczna nazwa nie pasuje do czysto mołdawskiej wioski, drażni Mirczę, z pewnością musiała tu wcześniej obowiązywać jakaś inna nazwa, jakieś Floresti, Horesti czy inne -sti, którą mieszkańcy wciąż może posługują się nieoficjalnie, ale - gdy wielka historia dotyka małych wiosek skutki muszą być fatalne, sentencjonalnie zauważa Mircza.
Do Kiszyniowa jest jeszcze ponad sto kilometrów, ale nie mam szans dojechać do miasta w dziennym świetle, zdążyliśmy się nastawić na nocne zwiedzanie. Mircza rozwiewa moje obawy, nie mamy szansy się zgubić, wyjedziemy wprost na głównej ulicy miasta, strada Stefan cel Mare i tam zatrzymamy się w hotelu „Kiszyniów”, bo jest tańszy od „Kosmosu” i „Nacjonala”, który też leży przy tej ulicy. Kiszyniów to też właściwie wioska – ulicówka, przekonuje mnie.
Istotnie po jakimś czasie wjeżdżamy na oświetloną Strada Stefan Cel Mare, mijamy po lewej stronie wzniesiony w pretensjonalnym stylu postsocjalistycznego hi – tech pałac prezydencki większy od Białego Domu, dalej imponującą siedzibę parlamentu, przy której gmach na Wiejskiej mógłby być zaledwie jakąś oficyną, a jeszcze dalej gmach rządu z powiewającą nad nim dumnie trójkolorową flagą. To wszystko jest za duże, kieszonkowy imperializm siedzib władz jest zupełnie niestosowny dla tyciego rolniczego kraiku, szczególnie, gdy okaże się, że po odejściu na odległość czterech latarni od imperialnego prospektu reszta stolicy tonie w zupełnie niestołecznych ciemnościach. Coś mnie podkusza, by poszukać na obrzeżach miasta taniego motelu, skręcamy w prawo z głównej ulicy i od razu gubimy się w mroku tak gęstym, że trudno nam ocenić, czy jesteśmy w śródmieściu, czy w szczerym polu. Błądzenie potrwa z godzinę, zanim wrócimy do punktu wyjścia.
Cel Mare, patron głównej ulicy, cel Mare patron parku w centrum miasta, cel Mare na pomniku przed wejściem do niego, cel Mare na każdym banknocie niezależnie od nominału, cel Mare czyli Wielki, choć w istocie to był ichni Łokietek, kurdupel, kapral historii który wszystkimi rządził, choć trzeba przyznać, że złoił Polakom nieźle skórę – „Za króla Olbrachta wyginęła szlachta!”. Człowiek może się w Mołdawii poczuć nim osaczony już w rumuńskiej części kraju, gdzie jego imię zawsze nosi główna ulica miasta (w Transylwanii to bohater marginesowy, w Sighisoarze boczna uliczka jego imienia nie ma nawet utwardzonej nawierzchni), ale tu mają już obsesję, przy zupełnym deficycie kultury i historii, artystów, pisarzy, bohaterów mały Stefek, który pewnie nigdy nawet tu nie był, robi za nich wszystkich i patronuje wszystkiemu, co się rusza. Kult jednostki niewynikający z przymusu, ale z deficytu wydaje się nam z Mirczą zupełnie śmieszny. W hotelu wyciągnąłem zwitek lei i każdy banknot rozwinąłem, zobaczyłem obrazek godny Andy Warhola, na każdym nominale Stefan w za dużej koronie odbity dokładnie z tej samej matrycy, a banknoty różnią się tylko kolorem, czegoś takiego nie wymyślił chyba żaden z dwudziestowiecznych despotów!
W końcu lądujemy na parkingu przed hotelem. Idziemy doinformować się o możliwość noclegu.
Trójgwiazdkowy hotel z obszernym hallem utrzymanym w socrealistycznym stylu i recepcjonistką za szybą z maleńkim otworkiem jak w aptece, jakby się bano, że przyjezdni mogą szerzyć jakąś zarazę, jakieś niezdrowe miazmaty. Rejestracja polegająca na detalicznym wypisaniu obszernego formularza, w którym trzeba drobiazgowo wyliczyć nie tylko datę przyjazdu i wyjazdu, jego cel, ale także zawód, stosunek do służby wojskowej i numer książeczki wojskowej w zamian za co otrzymujemy klucze i wizytoczki, które należy okazać przy śniadaniu bo zawtrak is included.
W hotelowym pokoju pachnącym pleśnią jedynym sprzętem, który przypomina, że mimo wszystko nie jesteśmy w roku 1965 jest tandetny koreański telewizor, w którym mamy szansę podziwiać przed zaśnięciem kolejne wojenne epopeje, dzielnych radzieckich żołnierzy i tchórzliwych nazistów. Taką kołysankę funduje mołdawska telewizja.
Ranek zaczyna się źle, tłuste babsko w hotelowej restauracji zdrowo nas objeżdża – po rosyjsku, bo to język elity, po rumuńsku, pfe, po mołdawsku mówią tylko ludzie ze wsi – że siedliśmy za daleko kuchni i ona musi tak daleko nieść te tekturowe parówki.
Kiszyniów baj najt całkiem mi się podobał, monumentalne wrażenie robiły podświetlone flagi w żywych kolorach łopocące nad potężnymi gmaszyskami władz, ale jaki będzie w dzień, czego się spodziewać? Mircza cały czas się upiera, że to całkiem ładne miasto, ale opinie Polaków, którzy tam byli są jednoznacznie negatywne, sięgam po tom Stasiuka, który pisze: „Kiszyniów; ach Kiszyniów! Białe blokowiska na zielonych wzgórzach. Widać je z północy, południa, ze wschodu i zachodu. Piętrzą się niczym skalne urwiska. Jaśnieją w słońcu. Chwała geometrii w rozfalowanym, nieregularnym pejzażu (…) Gigantyczne nagrobki wetknięte w urodzajną, pulchną ziemię. Kamienne tablice egalitaryzmu. Termitiery wszechświatowego postępu. Nowe Jeruzalem w stanie śmierci technicznej”. Wszyscy zwracają uwagę, że miasto jest jakimś potężnym betonowym socjprojektem. Tylko Mircza upiera się, że jest to piękne miasto, pełne zabytków, olśniewających parków, nie przytłaczające rozmiarem i nie duszące prowincjonalizmem. Myślę o jego pokracznym Hârlau i ani trochę mu nie wierzę. Przykro mi Mircza, ale wywodzimy się z różnych kultur. Jaki będzie mój Kiszyniów? – intuicyjnie szukam potwierdzenia tego, co o nim mówią rodacy.
Idąc ulicą cel Marego nietrudno to znaleźć, wielgachne pionowe bryły Moldcellu i Pałacu Prezydenckiego, po drugiej stronie ulicy rozciągła wzdłuż defiladowej płoszczadi siedziba Guvernului Republicii Moldova, dalej otwierający swe przytłaczające skrzydła Parlamentul tejże Republicii, a jeszcze dalej siedziba ambasady rosyjskiej dobitnie wskazująca, w ramionach jakiego niedźwiedzia będzie Mołdawii najlepiej. Te gmachy, których nie wolno fotografować (robienie zdjęć i robienie w konia mundurowych i tajniaków to najfajniejsza gra terenowa, w jaką kiedykolwiek grałem) to jednak nie wszystko, to nie cały Kiszyniów, trzeba zejść niżej, fascynujący jest Kiszyniów na poziomie ulicy. Oszałamiająca pstrokacizna ostentacyjnego bogactwa – salony najlepszych światowych firm, Lexusy i najnowsze Chryslery, laski odstrzelone, że daj Panie Boże zdrowie – i ostentacyjnej biedy – babowinki handlujące przywiędłą zieleniną, żebracy, Moskwicze pamiętające bujną czuprynę Chruszczowa, mali naciągacze. Pomiędzy nimi równie ostentacyjny pęd do szybkiego dorabiania się tzw. klasy średniej: nigdzie nie widziałem tylu kantorów – ich ilości wynika chyba z tego, że obracają fikcyjna walutą, ani kasyn, też w duże mierze nią napędzanych. Ludzki kocioł, mieszanina wszystkiego ze wszystkim, w której wyróżniają się mundurowi, a tło muzyczne tworzą kalinki, kalinki i dziesiątki innych nostalgicznych lub marszowych, radosnych raz i dziarskich, a zaraz po słowiańsku smutnych i tęsknych melodii krasnoarmiejnych. Tu się nie obchodzi Dnia Zwycięstwa, tu się obchodzi Tydzień. Na jego cześć największe kino w centrum stolicy (pewnie Mława albo Piła mają podobne) udekorowano słusznymi plakatami, a w ramach atrakcji siły zbrojne dostarczyły pod budynek jakiś wóz opancerzony, działko przeciwlotnicze, siatkę maskującą i kuchnię polową. Wszystkie, z wyjątkiem ostatniej, jako dekoracje szczelnie obklejają najmłodsi obywatele kraju. Kuchnia serwuje jakieś posiłki, nawet ładnie pachnie. Podchodzimy bliżej, całkiem spora kolejka ludzi, spokojnie czekają aż dwie piękne jak sen czarnookie mołdawskie Marusie z uśmiechami naładują im do plastikowych miseczek chochlę kaszy, dorzucą korniszona, grubą pajdę pszennego chleba i plastikowe 50 mililitrów. Fantastyczna sprawa! Mircza coś mamrocze pod nosem, ale ja widzę, że to musi być jakaś promocja, bo każdy dostaje gratis! Idziemy i nie marudź, stary Rumunie! – A wy kombatanty? – pyta zdziwiona Marusia, gdy w końcu nasza kolej. – Konieszno, ja kombatant! – okazuje się, że micha kaszy to nie żaden gratis ani promocja, mój kapitalistyczny łeb na to nie wpadł, ale w ten skromny sposób wdzięczna ojczyzna wynagradza swoich dzielnych obrońców. Dopiero teraz widzę parę stolików ustawionych za olbrzymimi kolumnami, z których jakieś frontowyje wieczera bez wytchnienia dudnią. Starzy kombatanci w przetartych, wymiętolonych i zakurzonych od ulicznego pyłu marynarkach z baretkami i orderami, z pobrużdżonymi i obojętnymi twarzami o załzawionych oczach, na rozłożonych gazetach, pochyleni nad miskami kaszy w ponurym milczeniu rozmyślają o swej dawnej chwale. Obraz jest żałosny, nie wypada być staruszkiem w środku wiosny i w środku tętniącej życiem stolicy. Czy widzą jak bardzo są dziś niepotrzebni? Czy rozumieją, że ich po prostu nie widać? Czy wiedzą, że wojna jest już pięknym, utrwalonym przez arcydzieła Mosfilmu mitem i nikogo nie obchodzi prawdziwa historia, jakieś mętne świadectwa zniedołężniałych gierojów? Są, ale ich nie ma. Nie widać i już! Przywalenie plakatami, dobijani muzyką, truci spalinami nikogo nie interesują. Kasza. Ogórek. Chleb. 50 mililitrów. Kasza. Ogórek. Chleb. 50 mililitrów. Zobojętniałe mundurowe krasawice w otoczeniu prężnych chojraków. Wojskowe gadżety w otoczeniu dzieci.
Albo inny obrazek. Naprzeciw gmachu rządu wznosi się neoklascystyczny kieszonkowy łuk triumfalny, zdaje się, że wznieśli go Rosjanie na cześć jakiegoś drugorzędnego zwycięstwa, pewnie nad Turcją. Za łukiem rozległy trawnik z mnóstwem mleczy, parę ozdobnych krzewów, jakiś modrzewie. I dwóch facetów z kosami. Jeden właśnie wyciągnął osełkę i ostrzy narzędzie, drugi pali mikroskopijnego peta i rozmawia niedbale oparty o stylisko z jakimś tłustym ważniakiem. Mogą pozwolić sobie na chwilę przerwy, pot cieknie spod związanych w cztery rogi chust chroniących głowy, koszule wzdłuż kręgosłupa zdobią asymetryczne potowe plamy jak z testu Rorscharcha. Sporo już skosili i w centrum miasta pięknie pachnie świeżym majowym sianem. „A widzisz, śmiać ci się chciało z Luciana Blagi i jego ‘Spatiul Mioritic’. A co to jest, jeśli nie czyste upostaciowanie tego pojęcia! Tu, w samym środku zruszczonej Mołdawii!” – cieszy się jak dziecko Mircza. Cholera, muszę przyznać mu rację, enklawa wsi w centrum miasta pachnie tak mocno, że przypominają mi się wiejskie wakacje u babci.
I to już niemal wszystko, robimy sobie tylko z Mirczą zdjęcie przed gmachem rządu, gdzie można pozować na odbierającego defiladę partyjnego bonza, co też robimy: uśmiechamy się z wyrazem błogiego zadowolenia i machamy, ale tak, żeby było widać, że porusza się tylko dłoń, z rezerwą typową dla olimpijskich towarzyszy.
Wsiadamy do zaparkowanego w samym centrum stolicy, przy głównej ulicy samochodu (to niesamowite, parkujesz przy głównym prospekcie, jest miejsce, nie ma parkomatów, a samochodu pilnuje policjant) i odjeżdżamy z powrotem do Rumunii. Pozostaje niedosyt.
Kiszyniów jest niepowtarzalny, jeśli miałbym wymyślać slogan reklamujący miasto, brzmiałby on „Inne niż Inne”. W Kiszyniowie nic nie jest jednoznaczne, nic nie jest określone, wszystko dzieje się w jakimś obłędnym hic et nunc, wszystko dopiero domaga się zdefiniowania, wszystko ze wszystkim się miesza w urbanistycznym danse macabre. Co znaczą te piękne, rozłożyste kasztany, których rozłożyste korony sprawiają, że miasto z powietrza nie wygląda jak wielka aglomeracja, że być może, poza paroma budynkami w ogóle go nie widać? Czy Kiszyniów to taka większa mołdawska wieś, czy może jednak raczej aspirujące do rangi europejskiej stolicy miasto? Co mieści się w przepastnych i ponurych gmachach, którym nie wolno robić zdjęć? Czy podsłuchany strzęp rozmowy toczy się po rosyjsku czy po rumuńsku? Paryski szyk, moskiewski rozmach, poradziecka nostalgia, besarabska bieda - chcąc niechcąc razem idą w korowodzie, któremu przygrywają niezmordowane wojskowe marsze.
Taka atmosfera była może w Warszawie na początku lat 90., pamiętam, że czymś takim, takim niedookreśleniem i falowaniem rzeczywistości, fascynował się dawny menedżer Sex Pistols, Malcolm McLaren, który mętnie wywodził, że to jest coś, że tu historia rodzi się na nowo i on chce w tym brać udział, chce mieć możność definiowania rzeczy, które się tego gwałtownie domagały.
Dziś jest inaczej, żyjemy w rzeczywistości, w której rozchybotane po 1989 roku znaki już się niemal całkowicie ustabilizowały. I tak ma być, chwalimy to sobie, dzięki temu przecież żyjemy we względnie stabilnej rzeczywistości, ale czasem tęsknimy za karnawałem znaków, za światem, który nie jest, a który się staje, za pierwszym dniem stworzenia. Wtedy jedźmy do Kiszyniowa.
Wracamy do Rumunii bez przeszkód, puste przejście graniczne ze zrezygnowanymi sołdatami jest przygnębiające, ostatni przyczółek państwa, które kazało nam myć opony jest żałosny. Przejeżdżamy przez pas ziemi niczyjej i dopiero, gdy patrzę na rumuńskich celników, rozbawionych młodych chłopaków z wdziękiem noszących granatowe mundury czuję ulgę, że znalazłem się na powrót w świecie, który znam.
Rumunia jest jak moneta albo trochę jak Polska, ma swój awers i rewers. Gdy wjeżdżać do niej od zachodu, człowieka dopada poczucie beznadziei, rozpadu świata, rozmywania się ostrych konturów rzeczywistości. Przestaje się wtedy czuć bezpiecznie, dostrzega ponurą stronę rzeczywistości, staje się niepewny i zalękniony. Gdy wjechać jednak od wschodu, odczuwa się ulgę, ma się poczucie powrotu do siebie, odzyskuje się nadzieję, której niewiele jest w miejscach, z których się przybywa.
tekst i fotografie Wojciech Śmieja
Polecamy także:
Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku
- - - - - -