Ostatni Sefardyjczycy z Sarajewa Fragment książk
i
Karla-Markusa Gaussa
"Umierający Europejczycy"
Wyd. Czarne, 2006
1. Jakob Finci to niski, bystry, lekko sepleniący mężczyzna, który mówi płynnie po angielsku, a przy tym porusza ogromnym prawym uchem. na pokrytej boazerią ścianie za fotelem, w którym siedzi dumnie wyprostowany, jak gdyby przyjmował jakąś paradę, wiszą oprawione w ramki jego zdjęcia z wielkimi tego świata: z papieżem Janem Pawłem ii, obaj na wieczność pogrążeni w poufałej rozmowie; z małżeństwem Clintonów, których swobodnie trzyma pod ramię, a którzy z uśmiechem patrzą na miasto; oraz z sekretarzem generalnym ONz Kofim annanem, gdy obaj uśmiechają się smutno, świadomi bezcelowości wszelkich ziemskich dążeń. Od ponad godziny Finci cierpliwie odpowiada na każde moje pytanie, przytaczając zabawne anegdoty lub czyniąc zaskakujące porównania z wydarzeniami z odległej przeszłości. Wkrótce po tym, jak zaczęliśmy naszą rozmowę w gminie żydowskiej sarajewa, zaczął komentować moje pytania, a good question, mówił z uznaniem, a czasami stopniował aprobatę do a very good question, co oznaczało, że odpowiedź będzie wymagała dłuższego wstępu.
A więc to jest człowiek, o którym tyle słyszałem i o którym każdego dnia podczas mojego pobytu w Sarajewie opowiadano mi coś innego! najwyraźniej nie każdy odczuwał do niego sympatię, niektórym pewnie nie podobało się, że przewodniczący gminy żydowskiej, liczącej tylko kilkaset dusz, urzęduje jak prezydent, któremu mężowie stanu i przywódcy religijni muszą składać kurtuazyjne wizyty. i rzeczywiście, wszyscy, którzy w latach oblężenia lub po wojnie odwiedzali miasto, odwiedzali także Finciego w tej dużej, o wiele za dużej dla dzisiejszej małej gminy synagodze, której jedna strona wychodzi na wąską Miljackę, przecinającą szybkim nurtem miasto, a druga na wzgórza otaczające sarajewo ze wszystkich stron. Gdyby generałowie musieli wymyślić miasto, w którym najlepiej można ćwiczyć okrążenie przy użyciu niewielkich sił, ich plan manewrów bez wątpienia przypominałby plan Sarajewa. W ostatnich latach wszyscy mężowie stanu przechodzili przez most na Miljacce, prowadzący z centrum starego miasta do małej dzielnicy, której najważniejszym miejscem jest synagoga z salą zebrań, kawiarnią i aulą konferencyjną, biurami i biblioteką. a Finci przyjmował ich, konferował z nimi i wielkiej polityce, która zwłaszcza dla Sarajewa miała katastrofalne skutki, przeciwstawiał małe porozumienia.
Przez długi czas sarajewo było często opiewaną ojczyzną sefardyjczyków, Żydów, którzy w roku 1492 zostali wypędzeni z Hiszpanii przez pobożnego króla Ferdynanda i jego cnotliwą małżonkę izabellę, rozpierzchli się po świecie i dość licznie osiedli na Bałkanach. Yerusalayim chico, Mała Jerozolima, tak przez stulecia nazywali swoje miasto żydowscy mieszkańcy, których przodkowie przybyli z Półwyspu iberyjskiego do imperium osmańskiego, na drugą stronę Morza Śródziemnego, gdzie mądry sułtan Bajazyt ii zagwarantował im swobodę religijną, bezpieczeństwo prawne i perspektywy gospodarcze i powitał wypędzonych zdaniem: „Czy można nazwać mądrym i roztropnym króla, który zubaża swój kraj, a moje imperium wzbogaca?”. sefardyjczycy nie byli pierwszymi Żydami w państwie osmańskim, niemal wszędzie, gdzie się osiedlali, w Sarajewie i Travniku, w Stambule czy Iizmirze, w Sofii czy Ruszczuku, napotykali zasiedziałe, żyjące tam od czasów starożytnych gminy Romaniotów. Lecz w ciągu kilku pokoleń tubylcy całkowicie asymilowali się z przybyszami, i dlatego kultura sefardyjska dominowała w życiu Żydów na Bałkanach, w Grecji i w Azji Mniejszej aż po XX wiek.
Opuszczając swą ojczyznę, wygnańcy mogli zabrać ze sobą tylko to, co sami zdołali unieść, ale o wiele cenniejszy niż wszelkie dobra ziemskie był język, który przywieźli z Hiszpanii i który wkrótce stał się lingua franca kupców handlujących na obszarze Śródziemnomorza; był to język, którym mówiono na całym Półwyspie iberyjskim w najróżniejszych odmianach regionalnych, sprzed politycznej reformy, ustanawiającej jako język panujący dialekt kastylijski, który następnie stał się podstawą współczesnego hiszpańskiego. Język żydowsko-hiszpański, w którym później w miastach portowych załatwiali swoje interesy kupcy marokańscy i greccy, egipscy i dalmatyńscy, ma wiele różnych nazw: najbardziej rozpowszechniona to ladino, obok niej istnieje także nazwa judeo-espańol, a do dziś mówi się o nim romance i gudezmo. W każdym razie Żydzi na Bałkanach nie posługiwali się swym przywiezionym z Hiszpanii językiem jedynie w świątyniach czy w obrzędach religijnych, lecz także w życiu codziennym, na ulicy i bazarze. Dzisiaj dla poetów i językoznawców ladino jest „żywym muzeum języka hiszpańskiego”, którego odkrywanie może być niezwykłym doświadczeniem poetyckim. Kiedy w 1980 roku argentyński poeta Juan Gelman uciekał przed dyktaturą wojskową, znalazł schronienie nie tylko w Meksyku, lecz także w języku przodków, którzy niegdyś musieli ratować się ucieczką - w języku sefardyjskim, którego nauczył się na wygnaniu, by później pisać w nim wiersze.
Aż do XIX wieku Żydów z Bałkanów można było utożsamiać z kulturą sefardyjską. Dopiero w roku 1878, kiedy wojska austro-węgierskie zaczęły okupację tureckiej prowincji Bośni i w miejsce dawnej, osmańskiej, wprowadziły własną administrację, do Sarajewa znowu przybyli Żydzi; lecz tym razem nie byli to bogobojni sefardyjczycy. Za austriacką armią ciągnęły tysiące urzędników wykształconych na uniwersytetach, a wśród nich Żydzi, którzy pochodzili ze środkowej Europy, zwani aszkenazyjczykami. I gdy austriaccy Żydzi w 1878 roku pojawili się w Sarajewie, sefardyjczycy przeżyli wielkie zaskoczenie, jak tłumaczył mi Jakob Finci w swoim biurze pełnym pamiątek i dokumentów na temat żydowskiej historii. Dziwili się, bo zobaczyli Żydów, którzy nie znali ladino, i zaczęli się zastanawiać, czy można w ogóle być Żydem, nie mówiąc w tym języku. W każdym razie początkowo sefardyjczycy nie byli zachwyceni pojawieniem się tak dużej liczby Żydów, z którymi nie można było się porozumieć, którzy nie znali ich starożytnych obrzędów. Wprawdzie sefardyjczycy od czterystu lat byli przyzwyczajeni do życia wśród muzułmanów i prawosławnych, lecz jako ludzie pobożni zawsze trwali przy zachowanych niemal bez zmian dawnych obyczajach. a przecież nowo przybyli byli zupełnie innymi ludźmi; spotykało się ich teraz w urzędach i na placach, i choć nazywali się Żydami, ich język, strój i sposób bycia wzbudzały ogromne wątpliwości: czy rzeczywiście normy i obyczaje traktują tak poważnie, jak na Żydów przystało.
(.....)
1. Skopje przyjęło nas dziką wrzawą. Od Lublany samolot przez godzinę leciał w turbulencjach. Piękna kobieta po drugiej stronie przejścia nieustannie głaskała się po brzuchu, w którym od sześciu czy siedmiu miesięcy znajdowało się dziecko. nie udało się nam wytłumaczyć sobie, czego szukamy w Macedonii. Kobieta jeszcze nigdy nie słyszała o Aromunach, a ja nie zrozumiałem nazwy, którą kilka razy powtórzyła. Z uśmiechem, który nie schodził z jej twarzy, pokazała wreszcie w ilustrowanym magazynie linii lotniczych mapę Australii, a potem wskazała palcem na siebie. W samolocie, w podskokach pokonującym głębokie warstwy chmur, siedzieli starsi ludzie o chłopskim wyglądzie, którzy wracali z odwiedzin u swoich dzieci w niemczech, niektórzy z nich w towarzystwie wnuków, co kilka zdań mówiących innym językiem, oraz słoweńscy biznesmeni o zdecydowanym wyrazie twarzy, ubrani zgodnie z najnowszą modą swojej kasty. a do tego ciemnoskóra ciężarna z Australii, o której teraz pomyślałem, że na pewno pochodzi z aborygenów, nieustannie gładząca swój wypukły brzuch i z uśmiechem czekająca na lądowanie.
Wśród pasażerów zapanował niepokój, gdy odprawa celna bardzo się przeciągnęła. Kontrola paszportów była bardzo drobiazgowa, a poza tym, co rzadko się zdarza przy wjeździe, celnicy przeszukiwali wybrane sztuki bagażu podręcznego. nagle w hali zrobiło się wielkie zamieszanie: mężczyzna koło trzydziestki, mocnej budowy, o czarnych, kręconych włosach, opalonej twarzy, ze złotymi łańcuszkami na podkoszulku, w skórzanej kurtce i o rozwiniętych na siłowni mięśniach, wpadł do środka, w ręce jak maczugę trzymał ogromny bukiet, a za nim szedł człowiek z kamerą. nie zatrzymując się ani na chwilę, mężczyzna przeszedł szybko obok wszystkich mundurowych, z których kilku zasalutowało mu od niechcenia, aż doszedł do niej, pięknej, uśmiechniętej ciężarnej z samolotu, która rzuciła mu się w ramiona, a on po prostu wyciągnął ją z kolejki i wyszedł, prawą ręką przyciskając ją mocno do siebie, mijając obojętnie wszystkie punkty kontrolne, jak ciemna kometa w ogonie ciągnąc nieustannie filmującego operatora. Może jednak nie był alfonsem, za jakiego można go było wziąć na pierwszy rzut oka, ale gwiazdą estrady, synem ojca chrzestnego, może australijskim konsulem honorowym…
Hala lotniska była mała, o wiele za mała na ów tłum podróżnych; zaledwie kilka kroków za taśmą przesuwającą w kółko bagaże, znajdowało się wyjście na parking. Było wpół do czwartej po południu, w maju, miasto wibrujące w otępiającym upale przyjęło nas hałasem. stu lub dwustu ludzi stało za barierką przy wyjściu, w rękach mieli tekturowe tabliczki z nazwami hoteli i nazwiskami pasażerów, wołali: „taxi, taxi”, i opuszczając coraz bardziej taryfę, sięgali po walizki przybyłych. Powietrze było gorące i wilgotne, połknęła mnie falująca masa ludzi, poczułem zawroty głowy. niski siwowłosy mężczyzna pociągnął mnie za marynarkę, rozradowany, że znalazł zapowiedzianego gościa, uścisnął mocno moją rękę, wziął bagaż i pokazał w stronę samochodu zaparkowanego kilka metrów dalej. tak, to on, Mitko Naumovski, właściwie Mitko Guda, tak brzmi jego aromuńskie nazwisko, lecz od dawna nie mógł go używać w pracy, więc naumovski-Guda, zaśmiał się i powtórzył je jeszcze raz, co później często robił, przestawiając kolejność: „Guda-naumovski”.
Droga z lotniska do miasta prowadziła przez niekończące się przedmieście, gdzie sąsiadowały ze sobą skrzyżowania dróg krajowych, małe domki z troskliwie uprawianymi ogródkami i wielkie osiedla, nagle wystrzelające z ziemi, niewykończone, a już się rozsypujące. Opowiedziałem bratanicy Mitki, którą ten zabrał ze sobą jako tłumaczkę na tę krótką jazdę, o dziwnym wydarzeniu w hali przylotów. Odniosłem wrażenie, że młoda kobieta zaczerwieniła się ze złości, zanim zwróciła się do wuja, który wysłuchał tego, co powiedziała, potem rzucił nazwisko, którego nie zrozumiałem, by zaraz splunąć pogardliwie przez okno samochodu. Nie wydawało mi się mądre zaczynać rozmowę od pytania, które dobrze wychowanego, eleganckiego starszego pana skłoniło do plucia przez okno, więc nie pytałem więcej. Przez wszystkie te dni, szalone dni spędzone w świecie, który był zupełnie różny od tego, z którego pochodziłem, a jednak ten sam, nie miałem już więcej okazji ponowić tego pytania i dowiedzieć się, w czyje ramiona rzuciła się z uśmiechem tamta dzielna, piękna kobieta.
Pokaż ten tekst swoim znajomym na Facebooku
- - - - - -